Limeryk kompleksowy

Pewien znany skoczek rodem z Wisły
miał kombinezon bardzo obcisły
w okolicach kroku
i przy każdym skoku
bałamucił dziewczęce umysły.

Reklamy

Dodaj komentarz

Deadlands: Ładunek

W tym odcinku w rolach głównych wystąpią:

Przemysław – złowrogi Mistrz Gry – odgrywa role małych dziewczynek, strasznych potworów, zdradzieckich zbójców oraz niecnych profesorów,

Andrzej – kapitan Charles Hoffman – młodziutki DOWÓDCA oddziału, który stopień oficerski zawdzięcza ojcu-generałowi; misja to jego chrzest bojowy, gdyż dotychczas siedział bezpiecznie w sztabie,

Rafał – kapral William Silverstone – były górnik w sile wieku,  drużynowy SAPER oraz pan złota rączka w jednym; do wojska zaciągnął się, żeby odnaleźć swojego młodszego brata, Rogera, który związany był z tajnym wojskowym projektem Superżołnierz,

Adam – kapral Pablo Alvarez – STRZELEC wyborowy, chciwiec, posiadacz gadającej papugi (nauczył ją pięciu zwrotów: tak, nie, mało, dużo, suchar).

***

Oddział dostaje delikatne zadanie – należy poznać losy zaginionego transportu, który przewoził bardzo ważny dla wojska ładunek. Sam ładunek trzeba przejąć lub zniszczyć. Ponadto nasi żołnierze muszą odnaleźć pewnego profesorka oraz pozbyć się wszystkich świadków. Sprawę komplikuje jednak fakt, iż owym ładunkiem jest żądna krwi bestia (o czym gracze póki co nie wiedzą).

Wszystkie dzieci nasze są

Oddział rusza do Sierra Madre. Miasto okazuje się być wyludnione. Na jego ulicach walają się zmasakrowane przez tajemniczą bestię szczątki mieszkańców. Gracze natrafiają jednak na malutką Annabelle, kilkuletnią dziewczynkę. Po burzliwej debacie dowódca postanawia ją przygarnąć.
Saper: Po co nam ona?
Dowódca: To coś jej nie zabiło.
Saper: No i? Chcesz się zasłaniać dzieckiem przed potworem?
Dowódca: Jeśli to będzie skuteczne…

Freudowskie przejęzyczenie

Oddział w końcu dociera do pociągu z ładunkiem. Saper rozwala jeden z wagonów, z którego wychodzi poszukiwany przez nich profesor. Zagaduje go gracz, który niedawno wrócił z pielgrzymki na Jasną Górę i jeszcze tego porządnie nie odespał:
Dowódca: Proszę księdza… znaczy profesora…

No shit, Sherlock!

Akt I: Chwilę przed sesją.

Tworzenie postaci przed sesją zajmuje strasznie dużo czasu, uznaliśmy więc, że tym razem niezastąpiony Mistrz Gry przygotuje je odpowiednio wcześniej pod preferencje graczy. Jak ustalono, tak też zrobiono. Przed rozpoczęciem rozgrywki Rafał pochwalił się jednak, że nie przeczytał historii swojej postaci.
Mistrz Gry:  Zapoznałeś się już z kartą postaci?
Rafał: Yhy.
Mistrz Gry: Nie masz żadnych pytań?
Rafał: Nie.
Mistrzy Gry: Przy losowaniu statystyk miałeś niefart. Andrzej i Adam wylosowali po Jokerze, więc mają pewne bajery, ale za to Ty masz dla równowagi bardzo rozbudowany wątek osobisty w scenariuszu.

Akt II: W trakcie sesji.

Oddział przesłuchuje Profesora na temat potwora.
Profesor: Nie mogę wam za wiele zdradzić… to tajny wojskowy projekt (Mistrz Gry rzuca okiem na Sapera).
Dowódca: Proszę mówić!
Profesor: Cóż, chcieliśmy stworzyć Superżołnierza (kolejny rzut okiem w stronę Sapera). W tym celu badaliśmy właściwości promieniotwórcze Upiorytu… na moim asystencie, Rogerze (i jeszcze jeden rzut – gracz nadal niczego się nie domyśla).
Dowódca: Roger? A jak miał na nazwisko?
Profesor: Silverstone.
Dowódca: (do Sapera) To tak jak ty.
Saper: (zagląda w kartę postaci – następuje chwila nerwowego czytania pięciolinijkowej historii Sapera) TO MÓJ BRAT!

Mol książkowy

Rozkaz dowództwa był jasny: zlikwidować wszystkich, którzy widzieli ładunek. Profesor jest więc wściekły, że gracze nie pozbyli się jeszcze Annabelle.
Profesor: Ona widziała ładunek. Musicie ją zabić.
Saper: Sam ją zabij.
Profesor: Jestem człowiekiem nauki i posługuję się książką. Wy jesteście żołnierzami i waszym narzędziem pracy jest pistolet.
Saper: No to zabij ją książką.

Kluczyki od czołgu

Jakiś czas później. Saper i strzelec zastanawiają się nad tym, jakby tu posunąć akcję do przodu. Ich narada trwa w najlepsze, podczas gdy gracz odgrywający Dowódcę prawie już zasnął. Nagle, leżąc na podłodze, wtrąca się:
Dowódca: Może naprawimy telegraf i wyślemy do dowództwa prośbę o wsparcie?
Saper i strzelec: (szczere uznanie) Wooooow. Genialny pomysł. Sztona mu.
Mistrz Gry: (dając mu czerwonego sztona) Przez sen bełkocze bardziej sensownie niż na jawie.

Dziwny przypadek Benjamina Pótwora

Gracze odkrywają hangar z ornitopterem (takim dwuosobowym samolotem). Profesor chce nim odlecieć i próbuje przekonać do swojego pomysłu kapitana. Po długich negocjacjach Dowódca się na to zgadza, ale pod warunkiem, że poleci z profesorem, a potem wróci do oddziału.  Obaj wsiadają za stery i po chwili wznoszą się w powietrze, gdy nagle zza drzew wyskakuje Potwór i chwyta się kadłuba. Dochodzi do finałowej walki w przestworzach. Potwór pazurami prawie zabija Dowódcę, który wydaje na leczenie większość swoich sztonów. Ogniem z ziemi wspiera go Strzelec. Jako, że ornitopter znajduje się w ruchu, to poziom trudności testu strzelania wynosi 9.  Pierwszy rzut pięcioma kostkami k12 – nic nie wchodzi, drugi – również pudło. Strzelec wydaje 4 białe sztony na kolejne kostki, ale i tym razem nie udaje mu się wyrównać lub pobić poziomu trudności testu.
Mistrz Gry: Rzucić w sumie 14k12 i nie wyturlać ani jednej 9, 10, 11 lub 12 ? To statystycznie niemożliwe!

Dalszy ciąg walki. Strzelec w końcu przełamuje niemoc, Dowódca także dokłada swoje trzy grosze trafiając potwora serią z pokładowego karabinu maszynowego. Bestia musi uznać wyższość przeciwników – podziurawiona ołowiem spada na ziemię.
Mistrz Gry: (zastanawiając się, czemu walka z finałowym bosem zakończyła się bez ofiar śmiertelnych) Niech to! Zapomniałem o tym, że ja też mam sztony!

2 Komentarze

Limeryk geriatryczny

Pewien wiekowy poeta z miasta Himera
straszliwie się powtarzał wskutek Alzheimera.
Pisząc limeryk nigdy nie pamiętał,
czy dopiero zaczął, czy to już puenta…
Pewien wiekowy poeta z miasta Himera

Dodaj komentarz

Ballada trumienna

Ballada trumienna

Edgarowi Allanowi

Na cmentarzu, pod ziemią sześć stóp,
W świeżym grobie dama spoczywa.
Pogrzebana, choć jeszcze nie trup,
Pogrzebana, choć jeszcze żywa.

Wnętrze trumny pazurem drapie,
Daremny trud, dziewka roni łzy;
Raz za razem powietrze łapie,
Z bezsilności calutka aż drży.

Wtem! Słyszy szmer, słyszy go ledwo,
Lecz nadzieja pod jej powieką…
Nagle coś (CO?!) uderza w drewno!
Nagle ktoś (KTO?!) uchyla wieko!

Oto szpadel! Oto mężczyzna!
Wybawienia nadeszła chwila?
Otóż nie, bo gdzie gleba żyzna,
Tam łatwo jest o nekrofila.

– Żyjesz? – pyta, a potem beszta:
– To źle! Nie tak, jak być powinno!
Przecież wiesz, że seks jest jak zemsta:
Najlepiej smakuje na zimno!

Nekrofil ust damy dotyka,
Że wróci do niej obiecuje…
Póki co zaś, trumnę domyka
I piachem jej grób zasypuje.

Na cmentarzu, pod ziemią sześć stóp,
W świeżym grobie dama spoczywa.
Pogrzebana, bo jeszcze nie trup,
Pogrzebana, bo jeszcze żywa.

2 Komentarze

Łonoteka emocjonalna

To było wczoraj, pamiętam, chociaż pamięć krucha
Zadzwonił telefon, odbieram, mówię: Halo, słucham?
I nagle wszystko wybucha i ogniem zieje
To Bóg do mnie dzwoni, mówi: Łona, co tam się dzieje?

Mimo upływu lat wciąż doskonale pamiętam tę chwilę: oto trzymam w swych łapkach płytkę z jakiegoś magazynu o hip-hopie. Po pobieżnym przeanalizowaniu spisu wykonawców wpycham ją bez większych ceregieli do sprzętu grającego, a otaczająca mnie przestrzeń powoli zaczyna wypełniać się rapem. W kolejnych utworach uliczni poeci w banalny sposób nawijają o blokach, braku perspektyw, niuniach, niechęci do policji. Czuję rozczarowanie i zaczynam szczerze żałować wydanych pieniędzy. Nagle odtwarzacz wyświetla utwór numer 7. Jeszcze tego nie wiem, ale to co za chwilę usłyszę na zawsze odciśnie się na moim guście muzycznym.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Ot, spokojny, fortepianowy bicik, w tle którego słychać charakterystyczne trzaskanie gramofonowej płyty. Potem jednak dołącza do tego energiczny bas i… i… ON! Jest oryginalny, inteligentny, zabawny. Z niesamowitym polotem rapuje o telefonicznej rozmowie z Panem Bogiem. Utwór kończy się, a ja włączam go ponownie. Jeszcze raz. I znowu. Absolutnie zachwycony lecę puścić go mamie.

A ja wciąż mam nadzieję, że jeszcze kiedyś krzyknę:
Ach! To doprawdy niezwykłe!
I wciąż żyję myślą, że rzec mi będzie dane:
Och! To rzeczywiście niesłychane!

Na kolejny kontakt z twórczością Łony przyszło mi trochę poczekać. Wraz z siostrą lata później wypatrzyliśmy jego drugą płytę – Nic Dziwnego – na półce w Empiku. Decyzja mogła być tylko jedna – bierzemy! Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w ten oto sposób trafiła do naszych zbiorów jedna z najlepszych płyt w historii polskiego hip-hopu, jeśli  nie w historii całej polskiej sceny muzycznej. Nic Dziwnego to bowiem wydawnictwo kompletne, zawierające 13 genialnych tracków (nie ma słabego kawałka!), w których Łona z przenikliwością godną Olgi Lipińskiej komentuje otaczającą nas rzeczywistość, bezlitośnie obnaża polską mentalność i przywary. Dostaje się monotematycznym raperom (Artysto drogi I), tanim pochlebcom (Nie ufajcie Jarząbkowi – inspirowane kultowym Misiem), eurosceptykom (A dokąd to? – podróż zniszczonym autobusem jako metafora polskiego dążenia do członkostwa w Unii Europejskiej? Na coś takiego mógł wpaść tylko Łona), ludziom kurczowo trzymającym się swoich poglądów (Nieruchomości – zdecydowanie najbardziej pesymistyczny kawałek na płycie) i wielu, wielu innym. Oczywiście Łona posiada również pogodne oblicze, toteż na płycie nie brakuje lżejszych i bardziej rozrywkowych kawałków. Takimi właśnie trackami są Rozmowy z cutem (Łona wraz z towarzyszami zostaje zamknięty w tajemniczym pomieszczeniu. Kto się za tym kryje? Czym się kierował? Jak uciec z tego miejsca? Kawałek daje nam wyobrażenie o tym, jak wyglądałby film Cube, gdyby nakręcił go Łona), Ballada o szlachetnym czorcie i Do Ciebie, Aniu, szłem – chyba tylko Mickiewicz potrafił opowiadać za pomocą rymów równie ciekawe historie co Łona. Nasz wieszcz nie miał jednak wśród swoich ziomków Webbera, a szkoda, bo jego bity wpadają w ucho i są idealnym uzupełnieniem idealnych tekstów na idealnej płycie.

Nie narzekam, chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood
Chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów
Chociaż nie znam setek przysłów , nie narzekam
Bo fruzie wolą optymistów

Dlaczego Nic Dziwnego okazało się takie dobre? Łona po prostu przeskoczył poprzeczkę, którą wcześniej bardzo wysoko sobie ustawił. Jego pierwszy album, a mianowicie Koniec Żartów, jest bowiem również płytą wybitną, ale w moim odczuciu jednak gorszą od swojego następcy. Czemu? Autor za dużo czasu poświęcił na rapowanie o rapie, co jest zresztą dość często spotykaną przypadłością wśród twórców hip-hopu. Łona robi to rzecz jasna w typowy dla siebie sposób, tj. inteligentnie i przewrotnie, ale poświęcenie tej tematyce aż 5 z 16 tracków to zwykła przesada (Jak nagrać 1szą płytę?, Raperzy są niedobrzy, Żadnych gości, Rozterki młodego rapera oraz Hiphop Non Stop). Inne przemyślenia? Koniec żartów to najlżejsza i najbardziej beztroska płyta w dorobku Łony. Optymizm wręcz emanuje z takich kawałków jak: Fruźki wolą optymistów (to zresztą mój ulubiony kawałek na tej płycie) czy Nic z tego. Rzecz jasna nie brakuje mądrego przekazu w atrakcyjnej formie (My się znamy??? – wizyta w sklepie i rozmowa z kasjerką jako bodziec do przemyśleń filozoficznych; wyżej już wspominana Rozmowa zamiejscowa z Bogiem), ale Łonie nie obce są również czysto rozrywkowe kawałki bez intelektualnych aspiracji (Helmut, rura! – sentymentalna oda do trabanta; Emilia chce spać). Za stronę muzyczną odpowiada tradycyjnie Webber, spod ręki którego wyszły naprawdę soczyste bity. Żal można mieć jedynie do gości zaproszonych do kawałka Żadnych gości – wyraźnie odstają poziomem od gospodarza, co szkodzi genialnemu konceptowi utworu.

Kiedy wszyscy oprócz ciebie równiuteńko idą
Przyjacielu, ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość
I kiedy kpisz z prawdy, którą ktoś uważa za jedynie prawdziwą
Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość

Zacząć od drugiej płyty, a dopiero później zapoznać się z debiutem… Nie ma co, chronologia mojej przygody z Łoną nie była najszczęśliwsza, ale później wszystko odbywało się już po bożemu. O planowanej premierze trzeciego krążka  przeczytałem przypadkiem. Rzecz jasna takiej informacji zignorować nie mogłem – Absurd i nonsens niemal natychmiast został przeze mnie zaklepany w przedsprzedaży. Teraz wystarczyło jedynie spokojnie wyczekiwać kuriera z paczuszką. O jakość materiału ani przez chwilę się nie martwiłem. Łona to przecież mistrz, zresztą to druga, a nie trzecia płyta uważana jest za najtrudniejszą do nagrania. Ujawniona w Internecie i wykonana przez Marka Raczkowskiego okładka również nastrajała do całego projektu optymistycznie. – To będzie majstersztyk! – powtarzałem sobie podekscytowany. I co?

I kicha. No, może jestem za ostry, ale po pierwszym przesłuchaniu byłem wręcz zdruzgotany. Trzy lata czekania na skandalicznie krótkie 38 minut? Zresztą to nie jedyny grzeszek Łony, który zupełnie zapomniał o tym, że Fruźki wolą optymistów. Efektem tej osobliwej amnezji jest to, iż Łona przez większość płyty najzwyczajniej w świecie smęci. I to do potęgi. Brak mu dawnej lekkości i radości, chociaż miewa przebłyski (Ą, Ę – pstryczek w nos wszystkich klawiaturowych leniuchów, Gdańsk-Szczecin – PKP jako muza XXI wieku, Martwisz mnie). Mam wrażenie, że z mądrego przekazu w atrakcyjnej formie pozostał jedynie mądry przekaz. Łona jako artysta spoważniał i stał się mniej beztroski, a szkoda, bo powaga zabija.

Narzekam, co nie zmienia faktu, że jako tekściarz Łona wciąż nie ma sobie równych. Webber za to zawodzi na całej linii. Wyprodukowane przez niego podkłady ciężko nazwać wpadającymi w ucho. Ba! Są one najzwyczajniej w świecie fatalne, monotonne i pozbawione błysku. Te bity męczą słuchacza, a na dodatek niemiłosiernie się dłużą (Hańba, barbarzyńcy – Łona wrzuca puentę i kończy rapować, a bit ciągnie się jeszcze przez 23 sekundy, w Łonsonie i Łebsztyku to już całe 25 sekund. Jeszcze gorzej wypadają pod tym względem Leksykon Brockhausa – 28 sekund, Ą,Ę –  37 sekund, 7/4 – 40 sekund, Czemu kiosk – 42 sekundy, ale prawdziwymi rekordzistami pozostają Martwisz mnie i Panie Mahmudzie – po 48 sekund!). W moim odczuciu dobrze wypadają jedynie podkłady do Miej wątpliwość i Panie Mahmudzie – tu Webber pokazał dawną klasę. Pozostaje żałować, że w pozostałych przypadkach nie udźwignął presji związanej z tym, że płyta sygnowana była po raz pierwszy także i jego nazwiskiem (no dobrze, pseudonimem).

Mijam ich, jestem świadkiem naocznym
Jak nie Hagel w windzie to Platon w nocnym
Kant wiezie mnie taksówką, Nietzsche mieszka w każdym bloku
Świat jest pełen filozofów

Nieco łobuzerskiego Łonę wyparł poważny pan Łonson i po dziś dzień nie wiem, który z nich stoi za szybkim wydaniem minialbumu Insert. Otrzymaliśmy bowiem 6 kawałków, które brzmią odrobinę jak odpady z Absurdu i Nonsensu, ale to głównie przez średnio udane podkłady Webbera. Łona natomiast prezentuje formę zwyżkową, jest mniej smętny, aczkolwiek nadal mu daleko do formy z najlepszych lat. Z utworów najciekawiej prezentują się genialne Świat jest pełen filozofów (z całkiem udanym gościnnym występem Smarkiego Smarka) oraz Bumbox, ale reszta również trzyma poziom. I jeszcze jedno: tytułowy kawałek traci nieco na sensie, jeśli poskąpiło się pieniędzy na limitowaną edycję płyty z kielonkiem.

***

Adam Zieliński rządzi i dzieli na polskiej scenie muzycznej. Nawet smęcący oraz poważny ma więcej polotu i luzu niż przereklamowani  O.S.T.R. czy L.U.C. Pewnie, chciałoby się usłyszeć radosnego Łonę jak za starych, dobrych czasów (Kawa – pochodząca jeszcze z okresu, gdy Łona nagrywał ze składem Wiele C.T. Ich płytę warto przesłuchać właściwie tylko dla jego zwrotek, a na resztę składu najlepiej spuścić kurtynę milczenia; 2050 – najbardziej ponura wizja przyszłości od czasu spisania przez św. Jana Apokalipsy), ale on jest jak winogrono – dobry w każdej postaci. I jako rodzynek, i jako wino sączone z markowego kielonka.

Dodaj komentarz

Wariackie papiery: „Ja chcę miłości!” Klaus Kinski

kinski

Klaus Kinski. Genialny aktor, niepoprawny kobieciarz,  furiat balansujący na krawędzi szaleństwa – tyle mniej więcej wiedziałem o tym panu przed lekturą jego autobiografii. O samej książce również zdążyłem się nasłuchać: że skandalizująca, że autor skupia się na opisywaniu gołych dup, że bezlitośnie beszta wszystko i wszystkich, że – last but not least – jest to lektura absolutnie fascynująca. Zachęcony tymi opiniami, miesiącami poszukiwałem na Allegro wymarzonego egzemplarza „Ja chcę miłości!”. W końcu udało mi się go upolować, drogo, bo drogo, ale wiem jedno – ta książka warta jest każdego wydanego na nią grosza.

Kinski sexmaniak

Nienawiść to historia motocyklisty, którego linczują mieszkańcy małej miejscowości, przywiązując go do transformatora wysokiego napięcia. Reżyser, Dominique Goult, większość czasu spędza w knajpach. Jego żona ma pod obcisłą spódnicą jędrną dupę. A to już dla mnie powód, żeby film kręcić.

Potencjalnych czytelników muszę na wstępie lojalnie ostrzec: książka zdecydowanie ZASŁUŻYŁA sobie na miano skandalizującej. Kinski jest bezkompromisowy, jeśli chodzi o opisywanie licznych aktów miłosnych i to do tego stopnia, że „Pamiętnik Nimfomanki” wygląda przy jego autobiografii na lekturkę z serii „Poczytaj mi mamo”. Jeśli więc należycie do grona osób, które widząc w telepudle obfity dekolt Katarzyny Cichopek, oblewają się rumieńcem, to lepiej odpuście sobie czytanie.

Porno-Klaus szokuje na każdym kroku. Jeśli na drodze Kinskiego pojawia się kobieta, to zaciągnie on ją do łóżka, a przynajmniej spróbuje. Brunetki i blondynki, staruszki i nastolatki, mulatki i skośnookie, babeczki wolne i szczęśliwie zamężne, kobitki i kobietony, piersiaste i drobnocycne – wszystkie one padają ofiarą rozpasanej chuci Kinskiego, który nie odpuszcza nawet własnej siostrze (!). Przy tym uwiedzenie pani doktor, jej siostry i matki wydaje się być czymś w pełni normalnym.

Klaus_klata

Kinski aktor

Chłopiec, który chce zostać aktorem, pyta, co zrobić, żeby stać się takim jak ja. Odpisuję: Proś Boga, żeby cię przed tym uchronił.

Nie przypominam sobie, żeby Kinski o jakimkolwiek z filmów, w których brał udział, wyrażał się w sposób pozytywny. Wręcz przeciwnie – dla niego „gówno” to synonim słowa „film”, a przemysł filmowy to jedno wielkie szambo. Oczywiście Kinski w całym swym geniuszu zna przyczyny takiego stanu rzeczy: bezużyteczni krytycy, nieudolni reżyserzy (słowo to często pisze w cudzysłowie) oraz amerykańskie Actors Studio, które jego zdaniem ogranicza się do uczenia tzw. aktorów noszenia jeansów oraz dłubania w nosie. Czyli winni są wszyscy. Poza Kinskim.

 – Jestem dziwką – stwierdza Klaus i nie zamierza ukrywać, że filmy kręci wyłącznie dla pieniędzy. Jedyne kryterium, jakim kieruje się przy wyborze ról, to wysokość oferowanej mu gaży.  Z powodu niskich zarobków odrzucił role m. in. u Felliniego i Spielberga, tego pierwszego nazywa nawet chciwym. Dostaje się zresztą całej masie celebrytów, zarówno tym sprzed jak i zza kamery. I tak oto: Żuławski to arogancki i samolubny dyletant, Maria Schneider to wstrętna żmija, Kubrick jest impotentem, a taki Polański to kurdupel, który nawet gdyby się wspiął na dwumetrową kochankę Kinskiego, to mógłby ją co najwyżej cmoknąć w pępek.

9729_JesusChrist 

Powyższe przykłady to jednak jedynie rozgrzewka Kinskiego przed seansem nienawiści jaki urządził pod adresem Wernera Herzoga. Nakręcili razem pięć filmów, w tym takie klasyki jak Nosferatu czy Fitzcarraldo, więc filmowy ignorant mógłby pomyśleć, że współpraca przynosiła obu panom samą radość. Nic bardziej mylnego. Kinski traktował każdy z tych planów zdjęciowych jak pole bitwy, a Herzoga uważał za swojego największego wroga. Zresztą co tu dużo będę mówił – niech przemówi sam Kinski.

Herzog jest nędzny, wstrętny, niemiły. To śmierdzący skąpiec i sknera, złośliwiec, sadysta, szantażysta, tchórz i człowiek na wskroś zakłamany. Jego tak zwany talent sprowadza się do umiejętności znęcania się, a jak trzeba zabijania i mordowania bezbronnych istot. Nie interesuje go nikt i nic poza pożałowania godną karierą tak zwanego twórcy filmów. Patologiczna chęć wzbudzenia sensacji  pcha go do stwarzania bezsensownie uciążliwych i niebezpiecznych sytuacji, tylko po to, żeby kiedyś powiedzieć, że to on, Herzog, dokonał rzeczy niemożliwych. Ściąga do swoich filmów dyletantów i półgłówków, którymi może rządzić (ponoć ich hipnotyzuje), płacąc głodowe stawki, a czasem nie płacąc nic. Cała reszta to kaleki i dziwolągi różnego rodzaju, bo przecież Herzog musi być oryginalny. W rzeczywistości nie ma za grosz talentu i bladego pojęcia o robieniu filmów. Mnie nawet nie próbuje udzielać wskazówek. Już dawno przestał pytać, czy zgadzam się na ten czy inny bzdurny pomysł – zabroniłem mu otwierać mordę. (…) Sam decyduję, które sceny czy ujęcia są dobre, i nie zgadzam się na nic, co według mnie nie jest właściwe. W ten sposób mogę uratować przynajmniej część filmu przed partactwem Herzoga.

herzog

Nienawidzę Wernera Herzoga, tego mordercy! Powinien zostać żywcem rzucony na pożarcie krokodylom. Niech połknie go anakonda – byle powoli i boleśnie. Zasłużył, by sparaliżowało go żądło pająka-ludojada. Najbardziej jadowity z węży powinien wypalić mu mózg. Pantery powinny pić z jego rozerwanego gardła – a i tak to byłoby za dobre dla Herzoga. Nie! Raczej niech czerwone mrówki nasikają mu kwasem w oczy, zeżrą mu jaja, spenetrują dupę i wyjedzą flaki! Zasłużył na zarazę! Syfilis! Malarię! Żółtą gorączkę! Trąd! Im okropniejszych życzę mu śmierci i im bardziej traktuję go jak śmiecia, tym trudniej jest mi się od niego opędzić!.

I tak w kółko. Kinski poniewiera Herzogiem przy każdej możliwej okazji, nie mogąc pogodzić się z myślą, że to właśnie jemu zawdzięcza miejsce w annałach kina. Myśl ta irytuje go, bo przecież sukces zawdzięcza tylko jednej osobie – samemu sobie. Egomania Kinskiego w pełnej krasie. Na szczęście Herzog nakręcił My Best Fiend, dokument w którym opisuje swoją współpracę z niepokornym Niemcem. Jest to zdecydowanie bardziej rzetelne źródło wiedzy na temat tego niezwykłego duetu. Polecam, mocna rzecz, szczególnie archiwalny zapis furii Kinskiego na planie Fitzcarraldo.

Kinski rodzic

Bogate w detale opisy kolejnych seksualnych podbojów oraz znęcanie się nad reżyserami i ich filmami – w ten sposób wygląda 3/4 książki. Sytuacja zmienia się, gdy Kinskiemu rodzi się upragniony syn. Oczywiście, seks i krytykanctwo nadal występują, ale już na mniejszą skalę. Teraz najważniejszy jest maluch i jego potrzeby.

kinder

Nagle okazuje się, że Kinski nie tylko chce miłości, ale potrafi także tą miłością bezinteresownie obdarzać. Jego wyznania wobec synka płyną z głębi serca i ujmują czytelnika swoją szczerością. Zachwyca się każdym gestem malucha, którego traktuje niemalże jak bożka w pieluszce. I nie ma w tym porównaniu ani krzty przesady – książka kończy się nawet bezpośrednim zwrotem ojca do malucha, przypominającym modlitwę. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie emocji, które targały synem Kinskiego, gdy ten już jako dorosły człowiek czytał „Ja chcę miłości!’.  

Kinski pisarz

Przyczepić się można jednego (poza porno-językiem). Kinski jest chaotyczny i czasami, opisując film, zapomina wspomnieć o jego tytule. Trzeba się nieźle nagimnastykować umysłowo, żeby przyporządkować szczątki fabuły do konkretnej produkcji, ale jest to możliwe. I tak przykładowo  śnieżny spaghetti western to oczywiście Great Silence, a japoński film, w którym aktorzy uprawiają przed kamerami prawdziwy (!) seks to Fruits of Passion.

klaus_kinski3

Kinski stanowi przeniesienie amerykańskiego snu na niemiecką ziemię – od życia w ubóstwie, poprzez wojenną zawieruchę i pierwsze role w teatrze, aż po status gwiazdy X muzy. Z tak barwnej biografii musiała powstać równie barwna autobiografia. I powstała. Jest dokładnie taka sama, jak jest autor:  pełna sprzeczności. Na przemian szokuje i wzrusza, fascynuje i odpycha, bywa wulgarna jak i niemal poetycka, budzi wstręt, ale również współczucie wobec jej bohatera. Nie pozostawia obojętnym. Słowem: cudo!

Nie czekaj, znajdź „Ja chcę miłości!” i przeczytaj! Poznaj ekscentrycznego Klausa Kinskiego i przekonaj się, że czasami smoking w Cannes uwiera równie mocno co kaftan bezpieczeństwa w domu wariatów.

Dodaj komentarz

Kilka obrazków z Jamesem J. w tle

Jako 12-letni brzdąc spędziłem w Anglii 10 dni. Kolonia jak to kolonia: szlifowaliśmy tam język, oglądaliśmy zabytki, ale największą atrakcją i tak było mieszkanie u prawdziwych angielskich rodzin. Ja, wraz z dwójką starszych ode mnie kolegów, trafiłem do rodziny J. Składała się ona z mamy Jamesowej oraz Jamesa, kolesia mniej więcej w moim wieku. To dzięki niemu wyjazd do Anglii pamiętam po dziś dzień… 

James bardzo lubił kebaby. Pewnego dnia mama Jamesowa postanowiła, że weźniemy je sobie na wynos zamiast obiadu. Wpakowaliśmy się więc całą zgrają do auta i ruszyliśmy do stosownego baru. Przez całą drogę podekscytowany James powtarzał niczym mantrę „I like kebab. Do you like kebab? Kebab!„, ale na tym nie skończył. Jak tylko pani Jamesowa opuściła samochód, James natychmiast postanowił wykorzystać jej nieobecność i fakt, że siedzi z przodu. W jaki sposób? Opuszczając się na maxa fotelem i przygniatając kolegę siedzącego z tyłu. Zła karma wróciła do niego wcześniej niż ktokolwiek z nas mógł się spodziewać. Kebaby były bowiem już sprzedane, a na obiad dostaliśmy ostatecznie frytki. Mina Jamesa – bezcenna.

Jeśli jesteśmy już przy obiedzie, to jeden utkwił mi szczególnie w pamięci. Otóż James postanowił skonsumować zupę metodą na angielskiego gentelmena, tj. wysiorbać ją bez używania łyżki. Po prostu włożył twarz do zupy i zaczął zasysać. Mało tego! Do obiadu podano prawdziwą  coca-colę (całe 2 litry!),  co mnie, jej fana, bardzo ucieszyło. Niestety, James postanowił popić nią w/w zupę. Wziął więc do ręki cyrkiel, wbił jego ostre zakończenie gdzieś w połowie butelki, a potem przyssał się do zrobionej przez siebie dziury. Tylko on tego dnia pił colę.

Innym razem James przypełz do naszego pokoju, gdzie zaczął bawić się dezodorantem. Psssssssik! Potem – niezważając na unoszące się w powietrzu chemiczne opary –  wyjął z kieszeni zapalniczkę i zademonstrował nam „ognisty podmuch”. Pan MacGyver postanowił zrobić to oczywiście blisko naszych twarzy. Brwi jakoś udało nam się ocalić.

Ale nic nie przebije tego. Otóż gram sobie na Playstation, a tu nagle kolega, którego łóżko znajdowało się naprzeciw otwartych drzwi, blednie jak ściana, a oczy robią mu się jak pięciozłotówki. Gdy już doszedł do siebie, zapytaliśmy go, co się stało. Oto rekonstrukcja całego zdarzenia:
a) James postanawia wziąć kąpiel,
b) (myju-myju)
c) James zauważa brak ręcznika,
d) James rozpaczliwym wołaniem prosi mamę o ręcznik,
e) Mama rzuca ręcznik na schody,
f) Całkiem goły James opuszcza łazienkę i rusza w kierunku schodów, a że łazienka znajdowała się na wprost naszego pokoju…
g) Kolega doznaje skrzywienia psychicznego. Próby wymazania gołego Jamesa z pamięci spełzają na niczym.

Jamesów pozbawiono praw do opiekowania się Polakami rok później, gdy okazało się, że naszym następcom dawali przeterminowane chipsy…

Dodaj komentarz

« Newer Posts · Older Posts »
%d blogerów lubi to: