Archive for Malkontent smęcący

Łonoteka emocjonalna

To było wczoraj, pamiętam, chociaż pamięć krucha
Zadzwonił telefon, odbieram, mówię: Halo, słucham?
I nagle wszystko wybucha i ogniem zieje
To Bóg do mnie dzwoni, mówi: Łona, co tam się dzieje?

Mimo upływu lat wciąż doskonale pamiętam tę chwilę: oto trzymam w swych łapkach płytkę z jakiegoś magazynu o hip-hopie. Po pobieżnym przeanalizowaniu spisu wykonawców wpycham ją bez większych ceregieli do sprzętu grającego, a otaczająca mnie przestrzeń powoli zaczyna wypełniać się rapem. W kolejnych utworach uliczni poeci w banalny sposób nawijają o blokach, braku perspektyw, niuniach, niechęci do policji. Czuję rozczarowanie i zaczynam szczerze żałować wydanych pieniędzy. Nagle odtwarzacz wyświetla utwór numer 7. Jeszcze tego nie wiem, ale to co za chwilę usłyszę na zawsze odciśnie się na moim guście muzycznym.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Ot, spokojny, fortepianowy bicik, w tle którego słychać charakterystyczne trzaskanie gramofonowej płyty. Potem jednak dołącza do tego energiczny bas i… i… ON! Jest oryginalny, inteligentny, zabawny. Z niesamowitym polotem rapuje o telefonicznej rozmowie z Panem Bogiem. Utwór kończy się, a ja włączam go ponownie. Jeszcze raz. I znowu. Absolutnie zachwycony lecę puścić go mamie.

A ja wciąż mam nadzieję, że jeszcze kiedyś krzyknę:
Ach! To doprawdy niezwykłe!
I wciąż żyję myślą, że rzec mi będzie dane:
Och! To rzeczywiście niesłychane!

Na kolejny kontakt z twórczością Łony przyszło mi trochę poczekać. Wraz z siostrą lata później wypatrzyliśmy jego drugą płytę – Nic Dziwnego – na półce w Empiku. Decyzja mogła być tylko jedna – bierzemy! Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w ten oto sposób trafiła do naszych zbiorów jedna z najlepszych płyt w historii polskiego hip-hopu, jeśli  nie w historii całej polskiej sceny muzycznej. Nic Dziwnego to bowiem wydawnictwo kompletne, zawierające 13 genialnych tracków (nie ma słabego kawałka!), w których Łona z przenikliwością godną Olgi Lipińskiej komentuje otaczającą nas rzeczywistość, bezlitośnie obnaża polską mentalność i przywary. Dostaje się monotematycznym raperom (Artysto drogi I), tanim pochlebcom (Nie ufajcie Jarząbkowi – inspirowane kultowym Misiem), eurosceptykom (A dokąd to? – podróż zniszczonym autobusem jako metafora polskiego dążenia do członkostwa w Unii Europejskiej? Na coś takiego mógł wpaść tylko Łona), ludziom kurczowo trzymającym się swoich poglądów (Nieruchomości – zdecydowanie najbardziej pesymistyczny kawałek na płycie) i wielu, wielu innym. Oczywiście Łona posiada również pogodne oblicze, toteż na płycie nie brakuje lżejszych i bardziej rozrywkowych kawałków. Takimi właśnie trackami są Rozmowy z cutem (Łona wraz z towarzyszami zostaje zamknięty w tajemniczym pomieszczeniu. Kto się za tym kryje? Czym się kierował? Jak uciec z tego miejsca? Kawałek daje nam wyobrażenie o tym, jak wyglądałby film Cube, gdyby nakręcił go Łona), Ballada o szlachetnym czorcie i Do Ciebie, Aniu, szłem – chyba tylko Mickiewicz potrafił opowiadać za pomocą rymów równie ciekawe historie co Łona. Nasz wieszcz nie miał jednak wśród swoich ziomków Webbera, a szkoda, bo jego bity wpadają w ucho i są idealnym uzupełnieniem idealnych tekstów na idealnej płycie.

Nie narzekam, chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood
Chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów
Chociaż nie znam setek przysłów , nie narzekam
Bo fruzie wolą optymistów

Dlaczego Nic Dziwnego okazało się takie dobre? Łona po prostu przeskoczył poprzeczkę, którą wcześniej bardzo wysoko sobie ustawił. Jego pierwszy album, a mianowicie Koniec Żartów, jest bowiem również płytą wybitną, ale w moim odczuciu jednak gorszą od swojego następcy. Czemu? Autor za dużo czasu poświęcił na rapowanie o rapie, co jest zresztą dość często spotykaną przypadłością wśród twórców hip-hopu. Łona robi to rzecz jasna w typowy dla siebie sposób, tj. inteligentnie i przewrotnie, ale poświęcenie tej tematyce aż 5 z 16 tracków to zwykła przesada (Jak nagrać 1szą płytę?, Raperzy są niedobrzy, Żadnych gości, Rozterki młodego rapera oraz Hiphop Non Stop). Inne przemyślenia? Koniec żartów to najlżejsza i najbardziej beztroska płyta w dorobku Łony. Optymizm wręcz emanuje z takich kawałków jak: Fruźki wolą optymistów (to zresztą mój ulubiony kawałek na tej płycie) czy Nic z tego. Rzecz jasna nie brakuje mądrego przekazu w atrakcyjnej formie (My się znamy??? – wizyta w sklepie i rozmowa z kasjerką jako bodziec do przemyśleń filozoficznych; wyżej już wspominana Rozmowa zamiejscowa z Bogiem), ale Łonie nie obce są również czysto rozrywkowe kawałki bez intelektualnych aspiracji (Helmut, rura! – sentymentalna oda do trabanta; Emilia chce spać). Za stronę muzyczną odpowiada tradycyjnie Webber, spod ręki którego wyszły naprawdę soczyste bity. Żal można mieć jedynie do gości zaproszonych do kawałka Żadnych gości – wyraźnie odstają poziomem od gospodarza, co szkodzi genialnemu konceptowi utworu.

Kiedy wszyscy oprócz ciebie równiuteńko idą
Przyjacielu, ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość
I kiedy kpisz z prawdy, którą ktoś uważa za jedynie prawdziwą
Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość

Zacząć od drugiej płyty, a dopiero później zapoznać się z debiutem… Nie ma co, chronologia mojej przygody z Łoną nie była najszczęśliwsza, ale później wszystko odbywało się już po bożemu. O planowanej premierze trzeciego krążka  przeczytałem przypadkiem. Rzecz jasna takiej informacji zignorować nie mogłem – Absurd i nonsens niemal natychmiast został przeze mnie zaklepany w przedsprzedaży. Teraz wystarczyło jedynie spokojnie wyczekiwać kuriera z paczuszką. O jakość materiału ani przez chwilę się nie martwiłem. Łona to przecież mistrz, zresztą to druga, a nie trzecia płyta uważana jest za najtrudniejszą do nagrania. Ujawniona w Internecie i wykonana przez Marka Raczkowskiego okładka również nastrajała do całego projektu optymistycznie. – To będzie majstersztyk! – powtarzałem sobie podekscytowany. I co?

I kicha. No, może jestem za ostry, ale po pierwszym przesłuchaniu byłem wręcz zdruzgotany. Trzy lata czekania na skandalicznie krótkie 38 minut? Zresztą to nie jedyny grzeszek Łony, który zupełnie zapomniał o tym, że Fruźki wolą optymistów. Efektem tej osobliwej amnezji jest to, iż Łona przez większość płyty najzwyczajniej w świecie smęci. I to do potęgi. Brak mu dawnej lekkości i radości, chociaż miewa przebłyski (Ą, Ę – pstryczek w nos wszystkich klawiaturowych leniuchów, Gdańsk-Szczecin – PKP jako muza XXI wieku, Martwisz mnie). Mam wrażenie, że z mądrego przekazu w atrakcyjnej formie pozostał jedynie mądry przekaz. Łona jako artysta spoważniał i stał się mniej beztroski, a szkoda, bo powaga zabija.

Narzekam, co nie zmienia faktu, że jako tekściarz Łona wciąż nie ma sobie równych. Webber za to zawodzi na całej linii. Wyprodukowane przez niego podkłady ciężko nazwać wpadającymi w ucho. Ba! Są one najzwyczajniej w świecie fatalne, monotonne i pozbawione błysku. Te bity męczą słuchacza, a na dodatek niemiłosiernie się dłużą (Hańba, barbarzyńcy – Łona wrzuca puentę i kończy rapować, a bit ciągnie się jeszcze przez 23 sekundy, w Łonsonie i Łebsztyku to już całe 25 sekund. Jeszcze gorzej wypadają pod tym względem Leksykon Brockhausa – 28 sekund, Ą,Ę –  37 sekund, 7/4 – 40 sekund, Czemu kiosk – 42 sekundy, ale prawdziwymi rekordzistami pozostają Martwisz mnie i Panie Mahmudzie – po 48 sekund!). W moim odczuciu dobrze wypadają jedynie podkłady do Miej wątpliwość i Panie Mahmudzie – tu Webber pokazał dawną klasę. Pozostaje żałować, że w pozostałych przypadkach nie udźwignął presji związanej z tym, że płyta sygnowana była po raz pierwszy także i jego nazwiskiem (no dobrze, pseudonimem).

Mijam ich, jestem świadkiem naocznym
Jak nie Hagel w windzie to Platon w nocnym
Kant wiezie mnie taksówką, Nietzsche mieszka w każdym bloku
Świat jest pełen filozofów

Nieco łobuzerskiego Łonę wyparł poważny pan Łonson i po dziś dzień nie wiem, który z nich stoi za szybkim wydaniem minialbumu Insert. Otrzymaliśmy bowiem 6 kawałków, które brzmią odrobinę jak odpady z Absurdu i Nonsensu, ale to głównie przez średnio udane podkłady Webbera. Łona natomiast prezentuje formę zwyżkową, jest mniej smętny, aczkolwiek nadal mu daleko do formy z najlepszych lat. Z utworów najciekawiej prezentują się genialne Świat jest pełen filozofów (z całkiem udanym gościnnym występem Smarkiego Smarka) oraz Bumbox, ale reszta również trzyma poziom. I jeszcze jedno: tytułowy kawałek traci nieco na sensie, jeśli poskąpiło się pieniędzy na limitowaną edycję płyty z kielonkiem.

***

Adam Zieliński rządzi i dzieli na polskiej scenie muzycznej. Nawet smęcący oraz poważny ma więcej polotu i luzu niż przereklamowani  O.S.T.R. czy L.U.C. Pewnie, chciałoby się usłyszeć radosnego Łonę jak za starych, dobrych czasów (Kawa – pochodząca jeszcze z okresu, gdy Łona nagrywał ze składem Wiele C.T. Ich płytę warto przesłuchać właściwie tylko dla jego zwrotek, a na resztę składu najlepiej spuścić kurtynę milczenia; 2050 – najbardziej ponura wizja przyszłości od czasu spisania przez św. Jana Apokalipsy), ale on jest jak winogrono – dobry w każdej postaci. I jako rodzynek, i jako wino sączone z markowego kielonka.

Reklamy

Dodaj komentarz

Kilka obrazków z Jamesem J. w tle

Jako 12-letni brzdąc spędziłem w Anglii 10 dni. Kolonia jak to kolonia: szlifowaliśmy tam język, oglądaliśmy zabytki, ale największą atrakcją i tak było mieszkanie u prawdziwych angielskich rodzin. Ja, wraz z dwójką starszych ode mnie kolegów, trafiłem do rodziny J. Składała się ona z mamy Jamesowej oraz Jamesa, kolesia mniej więcej w moim wieku. To dzięki niemu wyjazd do Anglii pamiętam po dziś dzień… 

James bardzo lubił kebaby. Pewnego dnia mama Jamesowa postanowiła, że weźniemy je sobie na wynos zamiast obiadu. Wpakowaliśmy się więc całą zgrają do auta i ruszyliśmy do stosownego baru. Przez całą drogę podekscytowany James powtarzał niczym mantrę „I like kebab. Do you like kebab? Kebab!„, ale na tym nie skończył. Jak tylko pani Jamesowa opuściła samochód, James natychmiast postanowił wykorzystać jej nieobecność i fakt, że siedzi z przodu. W jaki sposób? Opuszczając się na maxa fotelem i przygniatając kolegę siedzącego z tyłu. Zła karma wróciła do niego wcześniej niż ktokolwiek z nas mógł się spodziewać. Kebaby były bowiem już sprzedane, a na obiad dostaliśmy ostatecznie frytki. Mina Jamesa – bezcenna.

Jeśli jesteśmy już przy obiedzie, to jeden utkwił mi szczególnie w pamięci. Otóż James postanowił skonsumować zupę metodą na angielskiego gentelmena, tj. wysiorbać ją bez używania łyżki. Po prostu włożył twarz do zupy i zaczął zasysać. Mało tego! Do obiadu podano prawdziwą  coca-colę (całe 2 litry!),  co mnie, jej fana, bardzo ucieszyło. Niestety, James postanowił popić nią w/w zupę. Wziął więc do ręki cyrkiel, wbił jego ostre zakończenie gdzieś w połowie butelki, a potem przyssał się do zrobionej przez siebie dziury. Tylko on tego dnia pił colę.

Innym razem James przypełz do naszego pokoju, gdzie zaczął bawić się dezodorantem. Psssssssik! Potem – niezważając na unoszące się w powietrzu chemiczne opary –  wyjął z kieszeni zapalniczkę i zademonstrował nam „ognisty podmuch”. Pan MacGyver postanowił zrobić to oczywiście blisko naszych twarzy. Brwi jakoś udało nam się ocalić.

Ale nic nie przebije tego. Otóż gram sobie na Playstation, a tu nagle kolega, którego łóżko znajdowało się naprzeciw otwartych drzwi, blednie jak ściana, a oczy robią mu się jak pięciozłotówki. Gdy już doszedł do siebie, zapytaliśmy go, co się stało. Oto rekonstrukcja całego zdarzenia:
a) James postanawia wziąć kąpiel,
b) (myju-myju)
c) James zauważa brak ręcznika,
d) James rozpaczliwym wołaniem prosi mamę o ręcznik,
e) Mama rzuca ręcznik na schody,
f) Całkiem goły James opuszcza łazienkę i rusza w kierunku schodów, a że łazienka znajdowała się na wprost naszego pokoju…
g) Kolega doznaje skrzywienia psychicznego. Próby wymazania gołego Jamesa z pamięci spełzają na niczym.

Jamesów pozbawiono praw do opiekowania się Polakami rok później, gdy okazało się, że naszym następcom dawali przeterminowane chipsy…

Dodaj komentarz

Rozwiązanie konkursu

Dobra, czas na rozwiązanie konkursu. Tak jak się spodziewałem, żadna poprawna odpowiedź do mnie nie dotarła, a szkoda, bo teraz sam będę musiał zjeść czekoladę. Trudno, poświęcę się.  Co do haseł:

1) Pierwsze było dziecinnie proste. Na kartce wyrwanej z zeszytu narysowane zostały patykoludki, dokładnie dwa rodzaje. Pierwsza grupa znajduje się po prawej stronie i wskazuje w stronę marginesu, gdzie z kolei pozostałe ludki leżą i chwieją się wśród butelek. Ta duża grupa to społeczeństwo, a pijacy narysowani na marginesie muszą oznaczać MARGINES SPOŁECZNY.

2) Druga zagadka była zdecydowanie trudniejsza, ale do rozwiazania. Przeanalizujmy skojarzenia: Alfred – chodziło oczywiście o tego najsłynniejszego z Alfredów, czyli oddanego służącego Batmana; ludzkie mięso – najbardziej znanym smakoszem tego delikatesu jest Hannibal Lecter, odtwarzany przez Anthony Hopkinsa; gacie na spodniach – cóż, tak ubierają się superbohaterowie, a konkretnie Superman, w którego rolę wcielił się nieodżałowany Christopher Reeve; pesymistyczne wróżby – to z kolei specjalność prof. Sybilli Trelawney, którą w ekranizacjach książek o Harrym Potterze odtwarza Emma Thompson; Romeo i Julia – dzieło o nieszczęśliwej miłości. Podsumujmy: w jakim filmie opowiadającym o nieszczęśliwej miłości wśród służby grają Hopkins, Reeve i Thompson? Chodziło oczywiście o „OKRUCHY DNIA„.

***

Pewien znany dyrygent z Poznania
posiadał brzydki zwyczaj macania
przez te nawyki
miały Słowiki
bardzo ciekawe lekcje śpiewania

Dodaj komentarz

Konkurs dla myślących (inaczej)

Ostatnio jestem dosyć rozkojarzony i rymy totalnie mi się nie kleją, więc zamiast wierszyków ogłaszam konkurs. Ba! Nawet dwa, jak szaleć to szaleć. Pierwszy jest dziecinnie prosty i wystarczy rozkminić, jakie hasło przedstawia poniższy rysunek. Dla ułatwienia powiem, że składa się ono z dwóch wyrazów.

Zadanie nr 2 jest zdecydowanie trudniejsze i polega na odkryciu, o jaki film mi chodzi. Poniżej wrzucam kilka luźnych skojarzeń z dziełem i jego obsadą. Podpowiedzią niechaj będzie fakt, iż film jest ekranizacją książki, a trzy hasełka dotyczą samych aktorów i ich pozostałych ról filmowych:

Alfred, ludzkie mięso, gacie na spodniach, pesymistyczne wróżby, Romeo i Julia

Zachęcam do katowania swoich szarych komórek, bo pierwsza osoba, która rozwiąże którekolwiek z zadań, otrzyma pyszną czekoladę mleczną „Milka”. Jeśli jednak nikt temu nie podoła, to odpowiedzi pojawią się w następnym poście.

PS Na blogu kilka kosmetycznych zmian dla spostrzegawczych. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Komedia w trzech aktach. Z morałem!

Dzisiaj będzie bardzo zwięźle. Trzy krótkie i przede wszystkim autentyczne scenki, których współautorem jestem niestety ja. Wszystkie dobitnie pokazują, że pod żadnym pozorem nie należy się mnie słuchać…

1) Miejsce akcji: Arkadia, internetowa gra fantasy. Wcielam się w postać krasnoluda, Eomira. To taki typ, co dużo gada, a jeszcze więcej pije. Podczas jednej z moich przysiadówek w tawernie ucinam sobie rozmowę ze znajomym krasnoludem. Szybko wychodzi na jaw, że myśli on poważnie o wstąpieniu do jednego z klanów (organizacja skupiająca brodatych karzełków). Oczywiście musiałem pomóc mu w podjęciu słusznej decyzji:

– E tam. Po co Ci to? Klany są dla frajerów!

Dziś ten gość jest przywódcą klanu i nikt nie może mu podskoczyć. A ja? Ja chciałem dobrze.

***

2) Miejsce akcji: mój dom, a konkretnie salon. Z nudów oglądam telepudło. Akurat na TVP4 leci pogoda, a jakiś żenujący pogodynek w czarnym swetrze macha rękami i opowiada mało śmieszne kawały. Mój komentarz był bezlitosny:

Jak sie nie ma talentu, to się zapowiada pogodę na TVP4!

Dziś pan Jarosław Kret pracuje w Jedynce i zarabia 18 tys. złotych miesięcznie.

***

3. Miejsce akcji: pokój siostry. Siedzę przed komputerem i rozmawiam przez GG z przyjaciółką, która oznajmia mi, że zaczyna się uczyć łaciny. Cóż, moja reakcja mogła być tylko jedna:

Fajnie, będziesz mogła mi kupić hot-doga w Watykanie!

Dziś Ewelina jest laureatką olimpiady języka łacińskiego.

Dodaj komentarz

Limeryki

Po dłuższej przerwie w pisaniu kolejna porcja mojej wesołej twórczości – tym razem limeryki, pokłosie warsztatów literackich dla uzdolnionych inaczej, w których to niedawno uczestniczyłem.

„Nie czarni a kolorowi”

Monotonia bardzo męczy
Więc sutanny w kolorze tęczy
Papież zatwierdził
I przy tym stwierdził
Że w różu lepiej się klęczy

„Wujek Casanova radzi”

Nie od dziś wiadomo, że baby
Mają tylko i wyłącznie wady
Więc zamiast podrywać
Idź sobie popływać
Lub lepiej napij się kawy

Comments (1)

Zaczarowany świat reklamy

Kulminacyjna scena filmu. Pełne wzruszenie. Łza powoli zaczyna się rozgrzewać przed wielkim slalomem po policzku. Gdzieś tam przed nami, na szklanym ekranie rozgrywa się prawdziwy dramat. Na naszych oczach uniesiony w górę kciuk Terminatora znika właśnie w rozgrzanej do granic możliwości stali; oderwane od prymitywnej tratwy zwłoki Jacka Dawsona giną majestatycznie w odmętach nieprzeniknionego oceanu; William Wallace ostatkiem sił wykrzykuje nieśmiertelne „Freeedoooom!”, a półżywy Leon wręcza Stansfieldowi prezent od Matyldy. Magia wielkiego kina znów daje o sobie znać. I znów jest górą, mimo, że raz na pewien czas musi robić sobie przerwę. Przerwę na reklamę.

Niestety, ale kapitalizm to kapitalizm. Telewizja prywatna musi z czegoś żyć, więc bez mrugnięcia okiem skazuje nas na 10-cio minutowe bloki reklamowe, które często zamieniają się w istne maratony. Na szczęście zawodnicy są z najwyższej półki: z tyłu wloką się proszki do prania i soki owocowe, w środku stawki plasują się niezawodne i przystosowane do każdych warunków pogodowych tampony, tuż przed nimi biegną baterie alkaiczne, a całemu zestawieniu od początku biegu przewodzą papiery toaletowe. Słowem – pasjonujący wyścig, relacje z którego możemy podziwiać średnio raz na trzydzieści minut oglądanego właśnie filmu.

Skoro już jesteśmy skazani na te paskudne reklamy telewizyjne to chociaż im się przyjrzyjmy. W końcu nie wszystkie są banalne i kiepskie. Niektóre są nawet znośne, a raz na pewien czas trafi się prawdziwa perełka. Taki diamencik, na który będziemy wręcz czatowali przed ekranem. Ale do rzeczy. Reklamy dzielą się zasadniczo na: wyśmienite, dobre, znośne, słabe i gnioty.

Wszelkie reklamy proszków do prania są klasycznym przykładem koszmarnego gniota. Ich znakami rozpoznawalnymi są fatalne dialogi i zabójczy dubbing, którym nie pomogłoby nawet zatrudnienie samego Bartosza Wierzbięty (tak, to ten koleś odpowiedzialny za sukces polskiej wersji „Shreka”). Aktorstwo? Jakie znowu aktorstwo? Filmy porno odniosły sukces bez tego, więc i reklamówki mogą. Pomysł? Bazujemy na prostym i sprawdzonym schemacie – babie psuje się pralka, więc dzwoni do specjalisty. Ten do niej przychodzi i obwieszcza, że jej ukochana Frania trafiła do pralkowego raju. Pojawia się wobec tego wątek kryminalny – kto zabił? Niestety winny jest zawsze stary proszek, a narzędziem zbrodni ponownie okazuje się kamień osadzający się wewnątrz pralki. Zgroza.

Do gniotów zaliczają się również reklamy: płynów do płukania („Jakie to miękkie i jak ładnie pachnie!”), papierów toaletowych („Sama przyjemność!”), farb do włosów („Czy twoje włosy wyglądają jak ufarbowany hełm?” – po czym modelka ściąga z głowy coś, co nie tylko wygląda, ale i w rzeczywistości jest ufarbowanym hełmem) i odświeżaczy do powietrza (szczególnie ta z małym Azjatą siedzącym na sedesie i zatykającym nos. Chłopie, dziwisz się, że nie pachnie wokół Ciebie fiołkami? Każda akcja rodzi reakcję. Trzeba było się wstrzymać i podzielić los króla Hiszpanii, Ferdynanda VI). Jeśli proszki do prania kwalifikują się pod zgrozę, to tutaj mamy do czynienia z horrorem.

Czas na reklamy słabe. Tutaj królują wszelkiej maści smarowidła, których przywódczynią zdaje się być Delma. Do klasyki przeszła już reklama, w której zwyczajna polska gospodyni domowa ucina sobie sympatyczną pogawędkę z mistyczną Istotą z Masła. Przypominam – nie chodzi tutaj wcale o reklamę zakładu zamkniętego, ale o reklamę najnormalniejszej na świecie margaryny. Smarowanie Delmą chleba – zgoda. Wymienianie się z nią adresami mailowymi – zgłaszam swój stanowczy sprzeciw!

Czołowym przedstawicielem reklam znośnych jest najnowsze dziecko Simplusa, gdzie podczas nudnego koncertu (czyżby chodziło o Pidżamę Porno?) pojawia się dwóch mężczyzn ubranych w czarne garnitury. Plus dla twórców reklamówki za odniesienie się do kultowego Blues Brothers. Panowie oczywiście wzbudzają sensację, a ich pytanie-hasło „Chcecie mieć hit?” spotyka się z pozytywnym odzewem wynudzonego tłumu. I tutaj zamiast muzyki chociażby trochę stylizowanej na dzieła BB leci jakaś kosmiczna szmira. Twórców proszę uprzejmie o zwrócenie mojego plusa. Wiem, wiem – kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Takie wyjście ma jednak swoje – nomen omen – plusy. Tam przynajmniej – jako zagorzały fan braci Blues – nie musiałbym oglądać tej profanacji drugi raz. Nawet diabły nie byłby tak okrutne, żeby mnie nią kolejny raz męczyć.

Reklamy dobre… No cóż, tutaj brylują przeróżne reklamy piwa. Zarówno te tylko dla orłów, jak i te schowane gdzieś w trawie puszczy. Miejsca nie zabrakło również dla komputerowo wygenerowanych Harnasiów o nienagannej muskulaturze czy książąt, którzy się jeszcze ponajeżdzają. Jeśli chodzi o reklamy piw, to tutaj dokonał się ogromny postęp, chociaż wciąż trafiają się od czasu do czasu niewypały ze spoconymi facetami w rolach głównych. Niemniej, jedna marka przebiła się nawet do reklam wyśmienitych. O tym jednak już za chwilę. 

Wielki finał – czas na reklamy wyśmienite, czyli the best of the best of the best! Tych będzie najwięcej, ale to nie jest akurat powód do zmartwień, prawda? Zacznę od obiecanej reklamy piwa – za wyśmienitą uważam kampanię Żywca. Hasło „prawie robi różnicę” stało się równie kultowe co „Chipsy przyszły” i nie ma co się temu przesadnie dziwić. Heh, czuję się prawie zażenowany świadomością tego, że reklama czegoś tak przyziemnego jak zwykłe piwo zrobiła na mnie tak pozytywne wrażenie. Prawie.

Ręce same składają się do oklasków również w przypadku reklam Plusa. Nie wiem, kto wpadł na pomysł zatrudnienia kabaretu Mumio, ale jak się już w końcu dowiem, to nie omieszkam zgłosić go do Pokojowej Nagrody Nobla. Należy mu się ona bez dwóch zdań. Argumenty? Ależ proszę, wystarczy jeden – Kopytko! Jedynym minusem jest to, że Kabaret Mumio nie udziela się aktualnie w różnych programach kabaretowych tak często jak kiedyś… Wielka szkoda, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – dzięki temu Łowcy.b mają teraz więcej czasu antenowego dla siebie.

Drugą siecią, która słynie z doskonałych kampanii reklamowych jest młodziutka Heyah. Luźne gadki, 8 pancernych i 2 psy, nie opowiadamy bajek („Przez łąki poprzez las, do Babci spieszy Kapturek…”) czy też – moja ulubiona – Johnny 11 Palców (wybaczam nawet „Elvis sucks!”). Nie ma co, lista robi wrażenie. Tak trzymać. Na ich następne reklamówki czekam bardziej niż na powołanie do Piłkarskiej Reprezentacji Polski przez boskiego Leo, bo bez Heyah świat reklamy jest jak Flip bez Flapa, Adam Małysz bez wąsika, Samoobrona bez Andrzeja Leppera, etc.

W tyle nie pozostają również znane marki napoi i butów. Każda kolejna reklama Pepsi, Coli czy Adidasa jest wielkim wydarzeniem artystycznym i wszyscy czekają na to bardziej niż na kolejne filmy Almodovara, tyle, że boją się do tego otwarcie przyznać. Ja się nie boję, chociaż wiem, że to wyznanie zakończy moje członkostwo w Klubie Snobów. Trudno… kocham Coca-Colę! Almodovara stanowczo nie.

Zakończę swoim najnowszym odkryciem – reklamą Mountain Dew z udziałem samego Chucka Norrisa. Te szybkie najazdy na twarz, słabiutka muzyczka ze starych filmów akcji, humor oraz gwiazdorska obsada – to wszystko sprawia, że ta reklama jest lepsza niż większość aktualnie robionych w Polsce filmów fabularnych. Szkoda. Amerykanie mają Quentina Tarantino, a my mamy tylko Pasikowskiego… Z drugiej strony, mogło być znacznie gorzej – na nasze szczęście Uwe Boll urodził się w Niemczech.

3 Komentarze

Older Posts »
%d blogerów lubi to: