Archive for Malkontent recenzujący

Łonoteka emocjonalna

To było wczoraj, pamiętam, chociaż pamięć krucha
Zadzwonił telefon, odbieram, mówię: Halo, słucham?
I nagle wszystko wybucha i ogniem zieje
To Bóg do mnie dzwoni, mówi: Łona, co tam się dzieje?

Mimo upływu lat wciąż doskonale pamiętam tę chwilę: oto trzymam w swych łapkach płytkę z jakiegoś magazynu o hip-hopie. Po pobieżnym przeanalizowaniu spisu wykonawców wpycham ją bez większych ceregieli do sprzętu grającego, a otaczająca mnie przestrzeń powoli zaczyna wypełniać się rapem. W kolejnych utworach uliczni poeci w banalny sposób nawijają o blokach, braku perspektyw, niuniach, niechęci do policji. Czuję rozczarowanie i zaczynam szczerze żałować wydanych pieniędzy. Nagle odtwarzacz wyświetla utwór numer 7. Jeszcze tego nie wiem, ale to co za chwilę usłyszę na zawsze odciśnie się na moim guście muzycznym.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Ot, spokojny, fortepianowy bicik, w tle którego słychać charakterystyczne trzaskanie gramofonowej płyty. Potem jednak dołącza do tego energiczny bas i… i… ON! Jest oryginalny, inteligentny, zabawny. Z niesamowitym polotem rapuje o telefonicznej rozmowie z Panem Bogiem. Utwór kończy się, a ja włączam go ponownie. Jeszcze raz. I znowu. Absolutnie zachwycony lecę puścić go mamie.

A ja wciąż mam nadzieję, że jeszcze kiedyś krzyknę:
Ach! To doprawdy niezwykłe!
I wciąż żyję myślą, że rzec mi będzie dane:
Och! To rzeczywiście niesłychane!

Na kolejny kontakt z twórczością Łony przyszło mi trochę poczekać. Wraz z siostrą lata później wypatrzyliśmy jego drugą płytę – Nic Dziwnego – na półce w Empiku. Decyzja mogła być tylko jedna – bierzemy! Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w ten oto sposób trafiła do naszych zbiorów jedna z najlepszych płyt w historii polskiego hip-hopu, jeśli  nie w historii całej polskiej sceny muzycznej. Nic Dziwnego to bowiem wydawnictwo kompletne, zawierające 13 genialnych tracków (nie ma słabego kawałka!), w których Łona z przenikliwością godną Olgi Lipińskiej komentuje otaczającą nas rzeczywistość, bezlitośnie obnaża polską mentalność i przywary. Dostaje się monotematycznym raperom (Artysto drogi I), tanim pochlebcom (Nie ufajcie Jarząbkowi – inspirowane kultowym Misiem), eurosceptykom (A dokąd to? – podróż zniszczonym autobusem jako metafora polskiego dążenia do członkostwa w Unii Europejskiej? Na coś takiego mógł wpaść tylko Łona), ludziom kurczowo trzymającym się swoich poglądów (Nieruchomości – zdecydowanie najbardziej pesymistyczny kawałek na płycie) i wielu, wielu innym. Oczywiście Łona posiada również pogodne oblicze, toteż na płycie nie brakuje lżejszych i bardziej rozrywkowych kawałków. Takimi właśnie trackami są Rozmowy z cutem (Łona wraz z towarzyszami zostaje zamknięty w tajemniczym pomieszczeniu. Kto się za tym kryje? Czym się kierował? Jak uciec z tego miejsca? Kawałek daje nam wyobrażenie o tym, jak wyglądałby film Cube, gdyby nakręcił go Łona), Ballada o szlachetnym czorcie i Do Ciebie, Aniu, szłem – chyba tylko Mickiewicz potrafił opowiadać za pomocą rymów równie ciekawe historie co Łona. Nasz wieszcz nie miał jednak wśród swoich ziomków Webbera, a szkoda, bo jego bity wpadają w ucho i są idealnym uzupełnieniem idealnych tekstów na idealnej płycie.

Nie narzekam, chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood
Chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów
Chociaż nie znam setek przysłów , nie narzekam
Bo fruzie wolą optymistów

Dlaczego Nic Dziwnego okazało się takie dobre? Łona po prostu przeskoczył poprzeczkę, którą wcześniej bardzo wysoko sobie ustawił. Jego pierwszy album, a mianowicie Koniec Żartów, jest bowiem również płytą wybitną, ale w moim odczuciu jednak gorszą od swojego następcy. Czemu? Autor za dużo czasu poświęcił na rapowanie o rapie, co jest zresztą dość często spotykaną przypadłością wśród twórców hip-hopu. Łona robi to rzecz jasna w typowy dla siebie sposób, tj. inteligentnie i przewrotnie, ale poświęcenie tej tematyce aż 5 z 16 tracków to zwykła przesada (Jak nagrać 1szą płytę?, Raperzy są niedobrzy, Żadnych gości, Rozterki młodego rapera oraz Hiphop Non Stop). Inne przemyślenia? Koniec żartów to najlżejsza i najbardziej beztroska płyta w dorobku Łony. Optymizm wręcz emanuje z takich kawałków jak: Fruźki wolą optymistów (to zresztą mój ulubiony kawałek na tej płycie) czy Nic z tego. Rzecz jasna nie brakuje mądrego przekazu w atrakcyjnej formie (My się znamy??? – wizyta w sklepie i rozmowa z kasjerką jako bodziec do przemyśleń filozoficznych; wyżej już wspominana Rozmowa zamiejscowa z Bogiem), ale Łonie nie obce są również czysto rozrywkowe kawałki bez intelektualnych aspiracji (Helmut, rura! – sentymentalna oda do trabanta; Emilia chce spać). Za stronę muzyczną odpowiada tradycyjnie Webber, spod ręki którego wyszły naprawdę soczyste bity. Żal można mieć jedynie do gości zaproszonych do kawałka Żadnych gości – wyraźnie odstają poziomem od gospodarza, co szkodzi genialnemu konceptowi utworu.

Kiedy wszyscy oprócz ciebie równiuteńko idą
Przyjacielu, ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość
I kiedy kpisz z prawdy, którą ktoś uważa za jedynie prawdziwą
Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość

Zacząć od drugiej płyty, a dopiero później zapoznać się z debiutem… Nie ma co, chronologia mojej przygody z Łoną nie była najszczęśliwsza, ale później wszystko odbywało się już po bożemu. O planowanej premierze trzeciego krążka  przeczytałem przypadkiem. Rzecz jasna takiej informacji zignorować nie mogłem – Absurd i nonsens niemal natychmiast został przeze mnie zaklepany w przedsprzedaży. Teraz wystarczyło jedynie spokojnie wyczekiwać kuriera z paczuszką. O jakość materiału ani przez chwilę się nie martwiłem. Łona to przecież mistrz, zresztą to druga, a nie trzecia płyta uważana jest za najtrudniejszą do nagrania. Ujawniona w Internecie i wykonana przez Marka Raczkowskiego okładka również nastrajała do całego projektu optymistycznie. – To będzie majstersztyk! – powtarzałem sobie podekscytowany. I co?

I kicha. No, może jestem za ostry, ale po pierwszym przesłuchaniu byłem wręcz zdruzgotany. Trzy lata czekania na skandalicznie krótkie 38 minut? Zresztą to nie jedyny grzeszek Łony, który zupełnie zapomniał o tym, że Fruźki wolą optymistów. Efektem tej osobliwej amnezji jest to, iż Łona przez większość płyty najzwyczajniej w świecie smęci. I to do potęgi. Brak mu dawnej lekkości i radości, chociaż miewa przebłyski (Ą, Ę – pstryczek w nos wszystkich klawiaturowych leniuchów, Gdańsk-Szczecin – PKP jako muza XXI wieku, Martwisz mnie). Mam wrażenie, że z mądrego przekazu w atrakcyjnej formie pozostał jedynie mądry przekaz. Łona jako artysta spoważniał i stał się mniej beztroski, a szkoda, bo powaga zabija.

Narzekam, co nie zmienia faktu, że jako tekściarz Łona wciąż nie ma sobie równych. Webber za to zawodzi na całej linii. Wyprodukowane przez niego podkłady ciężko nazwać wpadającymi w ucho. Ba! Są one najzwyczajniej w świecie fatalne, monotonne i pozbawione błysku. Te bity męczą słuchacza, a na dodatek niemiłosiernie się dłużą (Hańba, barbarzyńcy – Łona wrzuca puentę i kończy rapować, a bit ciągnie się jeszcze przez 23 sekundy, w Łonsonie i Łebsztyku to już całe 25 sekund. Jeszcze gorzej wypadają pod tym względem Leksykon Brockhausa – 28 sekund, Ą,Ę –  37 sekund, 7/4 – 40 sekund, Czemu kiosk – 42 sekundy, ale prawdziwymi rekordzistami pozostają Martwisz mnie i Panie Mahmudzie – po 48 sekund!). W moim odczuciu dobrze wypadają jedynie podkłady do Miej wątpliwość i Panie Mahmudzie – tu Webber pokazał dawną klasę. Pozostaje żałować, że w pozostałych przypadkach nie udźwignął presji związanej z tym, że płyta sygnowana była po raz pierwszy także i jego nazwiskiem (no dobrze, pseudonimem).

Mijam ich, jestem świadkiem naocznym
Jak nie Hagel w windzie to Platon w nocnym
Kant wiezie mnie taksówką, Nietzsche mieszka w każdym bloku
Świat jest pełen filozofów

Nieco łobuzerskiego Łonę wyparł poważny pan Łonson i po dziś dzień nie wiem, który z nich stoi za szybkim wydaniem minialbumu Insert. Otrzymaliśmy bowiem 6 kawałków, które brzmią odrobinę jak odpady z Absurdu i Nonsensu, ale to głównie przez średnio udane podkłady Webbera. Łona natomiast prezentuje formę zwyżkową, jest mniej smętny, aczkolwiek nadal mu daleko do formy z najlepszych lat. Z utworów najciekawiej prezentują się genialne Świat jest pełen filozofów (z całkiem udanym gościnnym występem Smarkiego Smarka) oraz Bumbox, ale reszta również trzyma poziom. I jeszcze jedno: tytułowy kawałek traci nieco na sensie, jeśli poskąpiło się pieniędzy na limitowaną edycję płyty z kielonkiem.

***

Adam Zieliński rządzi i dzieli na polskiej scenie muzycznej. Nawet smęcący oraz poważny ma więcej polotu i luzu niż przereklamowani  O.S.T.R. czy L.U.C. Pewnie, chciałoby się usłyszeć radosnego Łonę jak za starych, dobrych czasów (Kawa – pochodząca jeszcze z okresu, gdy Łona nagrywał ze składem Wiele C.T. Ich płytę warto przesłuchać właściwie tylko dla jego zwrotek, a na resztę składu najlepiej spuścić kurtynę milczenia; 2050 – najbardziej ponura wizja przyszłości od czasu spisania przez św. Jana Apokalipsy), ale on jest jak winogrono – dobry w każdej postaci. I jako rodzynek, i jako wino sączone z markowego kielonka.

Dodaj komentarz

Wariackie papiery: „Ja chcę miłości!” Klaus Kinski

kinski

Klaus Kinski. Genialny aktor, niepoprawny kobieciarz,  furiat balansujący na krawędzi szaleństwa – tyle mniej więcej wiedziałem o tym panu przed lekturą jego autobiografii. O samej książce również zdążyłem się nasłuchać: że skandalizująca, że autor skupia się na opisywaniu gołych dup, że bezlitośnie beszta wszystko i wszystkich, że – last but not least – jest to lektura absolutnie fascynująca. Zachęcony tymi opiniami, miesiącami poszukiwałem na Allegro wymarzonego egzemplarza „Ja chcę miłości!”. W końcu udało mi się go upolować, drogo, bo drogo, ale wiem jedno – ta książka warta jest każdego wydanego na nią grosza.

Kinski sexmaniak

Nienawiść to historia motocyklisty, którego linczują mieszkańcy małej miejscowości, przywiązując go do transformatora wysokiego napięcia. Reżyser, Dominique Goult, większość czasu spędza w knajpach. Jego żona ma pod obcisłą spódnicą jędrną dupę. A to już dla mnie powód, żeby film kręcić.

Potencjalnych czytelników muszę na wstępie lojalnie ostrzec: książka zdecydowanie ZASŁUŻYŁA sobie na miano skandalizującej. Kinski jest bezkompromisowy, jeśli chodzi o opisywanie licznych aktów miłosnych i to do tego stopnia, że „Pamiętnik Nimfomanki” wygląda przy jego autobiografii na lekturkę z serii „Poczytaj mi mamo”. Jeśli więc należycie do grona osób, które widząc w telepudle obfity dekolt Katarzyny Cichopek, oblewają się rumieńcem, to lepiej odpuście sobie czytanie.

Porno-Klaus szokuje na każdym kroku. Jeśli na drodze Kinskiego pojawia się kobieta, to zaciągnie on ją do łóżka, a przynajmniej spróbuje. Brunetki i blondynki, staruszki i nastolatki, mulatki i skośnookie, babeczki wolne i szczęśliwie zamężne, kobitki i kobietony, piersiaste i drobnocycne – wszystkie one padają ofiarą rozpasanej chuci Kinskiego, który nie odpuszcza nawet własnej siostrze (!). Przy tym uwiedzenie pani doktor, jej siostry i matki wydaje się być czymś w pełni normalnym.

Klaus_klata

Kinski aktor

Chłopiec, który chce zostać aktorem, pyta, co zrobić, żeby stać się takim jak ja. Odpisuję: Proś Boga, żeby cię przed tym uchronił.

Nie przypominam sobie, żeby Kinski o jakimkolwiek z filmów, w których brał udział, wyrażał się w sposób pozytywny. Wręcz przeciwnie – dla niego „gówno” to synonim słowa „film”, a przemysł filmowy to jedno wielkie szambo. Oczywiście Kinski w całym swym geniuszu zna przyczyny takiego stanu rzeczy: bezużyteczni krytycy, nieudolni reżyserzy (słowo to często pisze w cudzysłowie) oraz amerykańskie Actors Studio, które jego zdaniem ogranicza się do uczenia tzw. aktorów noszenia jeansów oraz dłubania w nosie. Czyli winni są wszyscy. Poza Kinskim.

 – Jestem dziwką – stwierdza Klaus i nie zamierza ukrywać, że filmy kręci wyłącznie dla pieniędzy. Jedyne kryterium, jakim kieruje się przy wyborze ról, to wysokość oferowanej mu gaży.  Z powodu niskich zarobków odrzucił role m. in. u Felliniego i Spielberga, tego pierwszego nazywa nawet chciwym. Dostaje się zresztą całej masie celebrytów, zarówno tym sprzed jak i zza kamery. I tak oto: Żuławski to arogancki i samolubny dyletant, Maria Schneider to wstrętna żmija, Kubrick jest impotentem, a taki Polański to kurdupel, który nawet gdyby się wspiął na dwumetrową kochankę Kinskiego, to mógłby ją co najwyżej cmoknąć w pępek.

9729_JesusChrist 

Powyższe przykłady to jednak jedynie rozgrzewka Kinskiego przed seansem nienawiści jaki urządził pod adresem Wernera Herzoga. Nakręcili razem pięć filmów, w tym takie klasyki jak Nosferatu czy Fitzcarraldo, więc filmowy ignorant mógłby pomyśleć, że współpraca przynosiła obu panom samą radość. Nic bardziej mylnego. Kinski traktował każdy z tych planów zdjęciowych jak pole bitwy, a Herzoga uważał za swojego największego wroga. Zresztą co tu dużo będę mówił – niech przemówi sam Kinski.

Herzog jest nędzny, wstrętny, niemiły. To śmierdzący skąpiec i sknera, złośliwiec, sadysta, szantażysta, tchórz i człowiek na wskroś zakłamany. Jego tak zwany talent sprowadza się do umiejętności znęcania się, a jak trzeba zabijania i mordowania bezbronnych istot. Nie interesuje go nikt i nic poza pożałowania godną karierą tak zwanego twórcy filmów. Patologiczna chęć wzbudzenia sensacji  pcha go do stwarzania bezsensownie uciążliwych i niebezpiecznych sytuacji, tylko po to, żeby kiedyś powiedzieć, że to on, Herzog, dokonał rzeczy niemożliwych. Ściąga do swoich filmów dyletantów i półgłówków, którymi może rządzić (ponoć ich hipnotyzuje), płacąc głodowe stawki, a czasem nie płacąc nic. Cała reszta to kaleki i dziwolągi różnego rodzaju, bo przecież Herzog musi być oryginalny. W rzeczywistości nie ma za grosz talentu i bladego pojęcia o robieniu filmów. Mnie nawet nie próbuje udzielać wskazówek. Już dawno przestał pytać, czy zgadzam się na ten czy inny bzdurny pomysł – zabroniłem mu otwierać mordę. (…) Sam decyduję, które sceny czy ujęcia są dobre, i nie zgadzam się na nic, co według mnie nie jest właściwe. W ten sposób mogę uratować przynajmniej część filmu przed partactwem Herzoga.

herzog

Nienawidzę Wernera Herzoga, tego mordercy! Powinien zostać żywcem rzucony na pożarcie krokodylom. Niech połknie go anakonda – byle powoli i boleśnie. Zasłużył, by sparaliżowało go żądło pająka-ludojada. Najbardziej jadowity z węży powinien wypalić mu mózg. Pantery powinny pić z jego rozerwanego gardła – a i tak to byłoby za dobre dla Herzoga. Nie! Raczej niech czerwone mrówki nasikają mu kwasem w oczy, zeżrą mu jaja, spenetrują dupę i wyjedzą flaki! Zasłużył na zarazę! Syfilis! Malarię! Żółtą gorączkę! Trąd! Im okropniejszych życzę mu śmierci i im bardziej traktuję go jak śmiecia, tym trudniej jest mi się od niego opędzić!.

I tak w kółko. Kinski poniewiera Herzogiem przy każdej możliwej okazji, nie mogąc pogodzić się z myślą, że to właśnie jemu zawdzięcza miejsce w annałach kina. Myśl ta irytuje go, bo przecież sukces zawdzięcza tylko jednej osobie – samemu sobie. Egomania Kinskiego w pełnej krasie. Na szczęście Herzog nakręcił My Best Fiend, dokument w którym opisuje swoją współpracę z niepokornym Niemcem. Jest to zdecydowanie bardziej rzetelne źródło wiedzy na temat tego niezwykłego duetu. Polecam, mocna rzecz, szczególnie archiwalny zapis furii Kinskiego na planie Fitzcarraldo.

Kinski rodzic

Bogate w detale opisy kolejnych seksualnych podbojów oraz znęcanie się nad reżyserami i ich filmami – w ten sposób wygląda 3/4 książki. Sytuacja zmienia się, gdy Kinskiemu rodzi się upragniony syn. Oczywiście, seks i krytykanctwo nadal występują, ale już na mniejszą skalę. Teraz najważniejszy jest maluch i jego potrzeby.

kinder

Nagle okazuje się, że Kinski nie tylko chce miłości, ale potrafi także tą miłością bezinteresownie obdarzać. Jego wyznania wobec synka płyną z głębi serca i ujmują czytelnika swoją szczerością. Zachwyca się każdym gestem malucha, którego traktuje niemalże jak bożka w pieluszce. I nie ma w tym porównaniu ani krzty przesady – książka kończy się nawet bezpośrednim zwrotem ojca do malucha, przypominającym modlitwę. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie emocji, które targały synem Kinskiego, gdy ten już jako dorosły człowiek czytał „Ja chcę miłości!’.  

Kinski pisarz

Przyczepić się można jednego (poza porno-językiem). Kinski jest chaotyczny i czasami, opisując film, zapomina wspomnieć o jego tytule. Trzeba się nieźle nagimnastykować umysłowo, żeby przyporządkować szczątki fabuły do konkretnej produkcji, ale jest to możliwe. I tak przykładowo  śnieżny spaghetti western to oczywiście Great Silence, a japoński film, w którym aktorzy uprawiają przed kamerami prawdziwy (!) seks to Fruits of Passion.

klaus_kinski3

Kinski stanowi przeniesienie amerykańskiego snu na niemiecką ziemię – od życia w ubóstwie, poprzez wojenną zawieruchę i pierwsze role w teatrze, aż po status gwiazdy X muzy. Z tak barwnej biografii musiała powstać równie barwna autobiografia. I powstała. Jest dokładnie taka sama, jak jest autor:  pełna sprzeczności. Na przemian szokuje i wzrusza, fascynuje i odpycha, bywa wulgarna jak i niemal poetycka, budzi wstręt, ale również współczucie wobec jej bohatera. Nie pozostawia obojętnym. Słowem: cudo!

Nie czekaj, znajdź „Ja chcę miłości!” i przeczytaj! Poznaj ekscentrycznego Klausa Kinskiego i przekonaj się, że czasami smoking w Cannes uwiera równie mocno co kaftan bezpieczeństwa w domu wariatów.

Dodaj komentarz

Rękopis znaleziony w Saragossie

saragossatytul

Na początku była książka. Opasłe, liczące ponad 700 stron tomisko, w którym opisano 66 dni niezwykłej podróży Alfonsa van Wordena, kapitana gwardii walońskiej. Kawaler ów podczas przeprawy przed dolinę Los Hermanos  – rejonu określonego mianem nawiedzonego – gubi swą służbę i zmuszony jest przepędzić noc w opuszczonej gospodzie. Szybko okazuje się jednak, że nie jest tam jedynym gościem – wraz z dwunastym wybiciem dzwonu otrzymuje zaproszenie od dwóch pięknych księżniczek z rodu Gomelezów. W ich też objęciach spędza upojne chwile. Po przebudzeniu ze strachem odkrywa, że zamiast w gospodzie, znajduje się pod szubienicą braci Zoto. Co gorsza, po obu jego stronach spoczywają odwiązane ciała wisielców.

Jest to dopiero początek, a dzielny kapitan napotka na swej drodze jeszcze wiele interesujących osobistości,  m. in. kabalistów, słynną hiszpańską inkwizycję (!), opętańca, cyganów, a nawet legendarnego Żyda Wiecznego Tułacza. Wysłucha także dziesiątek fascynujących historii, budzących u czytelnika zarówno strach, jak i smutek czy niepohamowaną wesołość.  Jan Potocki, autor tego dzieła, idealnie żongluje konwencjami, w czym wybitnie pomaga mu szkatułkowa konstrukcja powieści: o ile początek to typowy horror, tak z czasem ustępuje on miejsca romansowi, komedii, a nawet historii spod znaku płaszcza i szpady.

panie

Pamelę chwalicie, a swego nie znacie…

Muszę przyznać, że lektura „Rękopisu…” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Książka zdecydowanie ma swój specyficzny klimat i nic się nie zestarzała przez te wszystkie lata, jakie upłynęły od jej powstania. Jak przystało na wielbiciela fantastyki z zapartym tchem czytałem o kolejnych zjawach, przeklętych pielgrzymach oraz krwawych głowach, uważnie też śledziłem losy tych, którzy podobnie jak van Worden spędzili noc z gospodzie Venta Quemada, by rano obudzić się w w towarzystwie niemrawych i lekko nieświeżych braci Zoto. 

Z żalem przyjąłem więc do wiadomości fakt, iż aura cudowności coraz częściej ustępuje miejsca chłodnemu racjonalizmowi. Oczywiście czasami było to nawet piekielnie zabawne – jak w przypadku cmentarnego epizodu doktora Sangre Moreno – ale już zakończenie powieści pozostawiło we mnie poczucie lekkiego niedosytu.   

saragossa

– Mówię Ci, gdzieś na tej ilustracji ukrywa się Wally…

Potencjalnych czytelników należy ostrzec, że powieść Potockiego wymaga od czytającego odrobiny skupienia, czego przyczyną jest oczywiście zastosowanie przez autora konstrukcji szkatułkowej. Z jednej historii wykluwa się druga, a z drugiej kolejna – następuje nawarstwianie się i mieszanie wątków, a przecież  każda opowieść zawiera pełen życiorys opowiadającego! Osobiście szykowałem się na totalnie przegrzanie mózgownicy – w czym utwierdzały mnie tylko kolejne opinie znalezione na temat „Rękopisu…” – ale ostatecznie nic takiego się nie wydarzyło, a wszystko było łatwiejsze w odbiorze niżeli to przedstawiali internauci. Niemniej, łatwiejsze nie oznacza totalnie proste.

Książka doczekała się w 1964 roku przeniesienia na duży ekran. Za kamerą stanął Wojciech Has, a scenariuszem zajął się Tadeusz Kwiatkowski. Na planie zgromadzono prawdziwą aktorską elitę, bo któż nie zna tych nazwisk: Cybulski, Holoubek, Niemczyk, Maklakiewicz, Pieczka, Tyszkiewicz, Pyrkosz. Jeśli do tego wszystkiego dodamy Krzysztofa Pendereckiego odpowiedzialnego za oprawę muzyczną, to jasne stanie się, iż z takiego połączenia talentów musiał powstać film wybitny.

rekopis_znaleziony_w_saragossie_016_zm

– Patrz! W Madrycie budują nową Biedronkę!

Materiału było na miniserial, toteż twórcy dokonali ostrej selekcji i wybrali z książki najistotniejsze ich zdaniem wątki, które złożyły się na ten trzygodzinny (!) obraz. Siłą rzeczy z filmu musiało wypaść wiele interesujących postaci i zdarzeń, ale to co pozostało, przedstawione zostało nader wiernie. Jeśli scenarzysta decydował się już na jakieś drobne zmiany, to z korzyścią dla całej historii. Najlepszym tego przykładem jest zakończenie opowieści, ciekawsze od oryginalnego! Film Hasa jest podręcznikowym przykładem tego, w jaki sposób powinno dokonywać się ekranizacji książek.

Aktorstwo stoi tu na najwyższym poziomie. Pieczka jako opętany Paszeko jest bezbłędny (ten jego skowyt!), podobnie jak Kobiela wcielający się w rolę kawalera Toledo, pożeracza damskich serc, ale to Maklakiewicz kradnie całe show – jego don Busqueros to zdecydowanie najlepsza kreacja w całym filmie. Irytujący natręt, szlachcic-naciągacz, a mimo to budzi naszą sympatię. Jeśli mam się już czegoś czepiać, to jedynie roli Cybulskiego – jego postać, podobnie jak książkowy pierwowzór, na tle barwnych towarzyszy wypada najzwyczajniej w świecie blado i nieciekawie.

rekopis_znaleziony_w_saragossie_020_zm

Typowa męska rywalizacja o to, kto ma dłuższy sznur

Film zasłużenie budzi zachwyt krytyków i widzów, bo to Kino przez duże K. Moim osobistym faworytem jest historia Suareza, absolutny majstersztyk i godzina dobrej zabawy. Co ciekawe, „Rękopis…” szanowany jest bardziej za granicą niż w naszym kraju (co stawia go w jednym rzędzie z muzyką Toli) i to do tego stopnia, że jego cyfrową renowację opłacili z własnych kieszeni panowie – być może komuś obiły się o uszy ich nazwiska – Scorsese i Coppola.

Na zakończenie zamieszczam krótką scenę, której bohaterem jest ojciec Alfonsa, człowiek niezwykle honorowy, co – jak się okazuje – bywa czasami bardzo szkodliwe dla zdrowia. Zainteresowanych uspokajam: koniec końców van Worden więcej na tym zyska niż straci, ale po szczegóły odsyłam już wprost do tego niezwykłego filmu.

Dodaj komentarz

O filmach inaczej #1

Filmy! Filmy! Filmy!*. Uwielbiam dobre kino, a za niektóre filmy dałbym się wręcz pociąć. Czy jednak słusznie? Oto szczery do bólu przegląd klasyki X muzy.

– „Ojciec chrzestny” – tytuł sugeruje kino familijne i słusznie. Cały film opowiada bowiem o losach pewnej włoskiej rodziny. Popis swoich aktorskich umiejętności daje nam w nim genialny Marlon Brando, obsadzony w roli starszego mężczyzny, któremu spuchły dziąsła. Ot, kameralna, ale ambitna historia o trudach starzenia się. Reżyser niepotrzebnie jednak spłycił wymowę „Ojca chrzestnego” wplatając do filmu wątki mafijne. Mafia wydaje się być w nim upchana na siłę i w połowie filmu mamy jej już serdecznie dosyć. Mafia tu, mafia tam, mafia to, mafia tamto… Ryba zawinięta w gazetę? Mafia. Odcięta głowa konia? Mafia. Nie można już nawet wyjść spokojnie po zakupy. Wiadomo, mafia. Ech, komercja panie Coppola. Wiem, że dużo strzelania przyciąga widzów, ale bez przesady! Jak mógł pan zrobić z „Ojca chrzestnego” kino gangsterskie?!

– „Zielona Mila” – film ten zbierał swojego czasu rewelacyjne recenzje, był głośno reklamowany w mediach, toteż – nie bez powodu – wiele sobie po nim obiecywałem. W końcu się skusiłem i zasiadłem do seansu. Byłem wyjątkowo skoncentrowany, nastawiony na dobre kino… I co? Wieeeelkie rozczarowanie! Co to za film o hip-hopie bez… hip-hopu?! Żadnych modnych klubów – jest tylko więzienie. Roznegliżowane panienki? Nie tym razem. Są strażnicy, ale oni nie wyglądają seksownie w mundurach. Zamiast skreczy mamy buczenie krzesła elektrycznego, a ogromny murzyn to wcale nie Notorious B.I.G.! Dobrze, że jest chociaż Eminem, choć nigdy nie myślałem, że jest on tak strasznie podobny do Toma Hanksa! Pff, nauczka na przyszłość: nie kierować się recenzjami, nawet tymi najlepszymi. Czytasz taką recenzję, a później masz wrażenie, że oglądasz zupełnie inny film niż recenzent.

– „Forrest Gump” – pozycja kultowa, ale przy okazji… całkowity plagiat z Szekspira! To on napisał, że „życie jest opowieścią idioty”. „Forrest Gump” to z kolei opowieść o życiu idioty. Reżyser całymi garściami czerpie z dzieł Williama. Wątek miłosny kończy się tragicznie, co jest oczywistą kalką z „Romeo i Julii„**, męska przyjaźń między Forrestem a Bubbą inspirowana była „Dwoma panami z Werony” (tyle, że rolę Sylwii zajęły… krewetki), a z „Hamleta” Zemeckis kradnie pewien słynny cytat i przerabia go na nieśmiertelne: „Być albo nie być pudełkiem czekoladek? Oto jest pytanie!”. Dziwię się, że przy takiej obfitości dowodów nikt jeszcze nie zgłosił tego jawnego plagiatu do sądu.

– „Pulp Fiction” – oj, Quentin, Quentin… Ja rozumiem, że można być strasznym bałaganiarzem, ale bez przesady. Trzeba było zmontować film tak, żeby kolejne sceny były ułożone w kolejności chronologicznej. Brak tego elementu powoduje straszny zamęt na ekranie, bo Vincent, który ginie gdzieś w połowie filmu, ożywa nagle pod jego koniec. To nielogiczne! Jak można było nie zauważyć tego bubla przed wypuszczeniem filmu do kin!?

*tak, to wyszukana aluzja do „Tora! Tora! Tora!” z 1970 roku.

** Z „Romea i Julii” wzięło się również „Biegnij, Forrest, biegnij!”. Mamy tam bowiem „Biegnij, Bracie Janie” – wystarczy zmienić Brata Jana na Forresta i dodać jeszcze jedno biegnij. Prawda, że teraz to oczywiste?

Dodaj komentarz

Zaczarowany świat reklamy

Kulminacyjna scena filmu. Pełne wzruszenie. Łza powoli zaczyna się rozgrzewać przed wielkim slalomem po policzku. Gdzieś tam przed nami, na szklanym ekranie rozgrywa się prawdziwy dramat. Na naszych oczach uniesiony w górę kciuk Terminatora znika właśnie w rozgrzanej do granic możliwości stali; oderwane od prymitywnej tratwy zwłoki Jacka Dawsona giną majestatycznie w odmętach nieprzeniknionego oceanu; William Wallace ostatkiem sił wykrzykuje nieśmiertelne „Freeedoooom!”, a półżywy Leon wręcza Stansfieldowi prezent od Matyldy. Magia wielkiego kina znów daje o sobie znać. I znów jest górą, mimo, że raz na pewien czas musi robić sobie przerwę. Przerwę na reklamę.

Niestety, ale kapitalizm to kapitalizm. Telewizja prywatna musi z czegoś żyć, więc bez mrugnięcia okiem skazuje nas na 10-cio minutowe bloki reklamowe, które często zamieniają się w istne maratony. Na szczęście zawodnicy są z najwyższej półki: z tyłu wloką się proszki do prania i soki owocowe, w środku stawki plasują się niezawodne i przystosowane do każdych warunków pogodowych tampony, tuż przed nimi biegną baterie alkaiczne, a całemu zestawieniu od początku biegu przewodzą papiery toaletowe. Słowem – pasjonujący wyścig, relacje z którego możemy podziwiać średnio raz na trzydzieści minut oglądanego właśnie filmu.

Skoro już jesteśmy skazani na te paskudne reklamy telewizyjne to chociaż im się przyjrzyjmy. W końcu nie wszystkie są banalne i kiepskie. Niektóre są nawet znośne, a raz na pewien czas trafi się prawdziwa perełka. Taki diamencik, na który będziemy wręcz czatowali przed ekranem. Ale do rzeczy. Reklamy dzielą się zasadniczo na: wyśmienite, dobre, znośne, słabe i gnioty.

Wszelkie reklamy proszków do prania są klasycznym przykładem koszmarnego gniota. Ich znakami rozpoznawalnymi są fatalne dialogi i zabójczy dubbing, którym nie pomogłoby nawet zatrudnienie samego Bartosza Wierzbięty (tak, to ten koleś odpowiedzialny za sukces polskiej wersji „Shreka”). Aktorstwo? Jakie znowu aktorstwo? Filmy porno odniosły sukces bez tego, więc i reklamówki mogą. Pomysł? Bazujemy na prostym i sprawdzonym schemacie – babie psuje się pralka, więc dzwoni do specjalisty. Ten do niej przychodzi i obwieszcza, że jej ukochana Frania trafiła do pralkowego raju. Pojawia się wobec tego wątek kryminalny – kto zabił? Niestety winny jest zawsze stary proszek, a narzędziem zbrodni ponownie okazuje się kamień osadzający się wewnątrz pralki. Zgroza.

Do gniotów zaliczają się również reklamy: płynów do płukania („Jakie to miękkie i jak ładnie pachnie!”), papierów toaletowych („Sama przyjemność!”), farb do włosów („Czy twoje włosy wyglądają jak ufarbowany hełm?” – po czym modelka ściąga z głowy coś, co nie tylko wygląda, ale i w rzeczywistości jest ufarbowanym hełmem) i odświeżaczy do powietrza (szczególnie ta z małym Azjatą siedzącym na sedesie i zatykającym nos. Chłopie, dziwisz się, że nie pachnie wokół Ciebie fiołkami? Każda akcja rodzi reakcję. Trzeba było się wstrzymać i podzielić los króla Hiszpanii, Ferdynanda VI). Jeśli proszki do prania kwalifikują się pod zgrozę, to tutaj mamy do czynienia z horrorem.

Czas na reklamy słabe. Tutaj królują wszelkiej maści smarowidła, których przywódczynią zdaje się być Delma. Do klasyki przeszła już reklama, w której zwyczajna polska gospodyni domowa ucina sobie sympatyczną pogawędkę z mistyczną Istotą z Masła. Przypominam – nie chodzi tutaj wcale o reklamę zakładu zamkniętego, ale o reklamę najnormalniejszej na świecie margaryny. Smarowanie Delmą chleba – zgoda. Wymienianie się z nią adresami mailowymi – zgłaszam swój stanowczy sprzeciw!

Czołowym przedstawicielem reklam znośnych jest najnowsze dziecko Simplusa, gdzie podczas nudnego koncertu (czyżby chodziło o Pidżamę Porno?) pojawia się dwóch mężczyzn ubranych w czarne garnitury. Plus dla twórców reklamówki za odniesienie się do kultowego Blues Brothers. Panowie oczywiście wzbudzają sensację, a ich pytanie-hasło „Chcecie mieć hit?” spotyka się z pozytywnym odzewem wynudzonego tłumu. I tutaj zamiast muzyki chociażby trochę stylizowanej na dzieła BB leci jakaś kosmiczna szmira. Twórców proszę uprzejmie o zwrócenie mojego plusa. Wiem, wiem – kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Takie wyjście ma jednak swoje – nomen omen – plusy. Tam przynajmniej – jako zagorzały fan braci Blues – nie musiałbym oglądać tej profanacji drugi raz. Nawet diabły nie byłby tak okrutne, żeby mnie nią kolejny raz męczyć.

Reklamy dobre… No cóż, tutaj brylują przeróżne reklamy piwa. Zarówno te tylko dla orłów, jak i te schowane gdzieś w trawie puszczy. Miejsca nie zabrakło również dla komputerowo wygenerowanych Harnasiów o nienagannej muskulaturze czy książąt, którzy się jeszcze ponajeżdzają. Jeśli chodzi o reklamy piw, to tutaj dokonał się ogromny postęp, chociaż wciąż trafiają się od czasu do czasu niewypały ze spoconymi facetami w rolach głównych. Niemniej, jedna marka przebiła się nawet do reklam wyśmienitych. O tym jednak już za chwilę. 

Wielki finał – czas na reklamy wyśmienite, czyli the best of the best of the best! Tych będzie najwięcej, ale to nie jest akurat powód do zmartwień, prawda? Zacznę od obiecanej reklamy piwa – za wyśmienitą uważam kampanię Żywca. Hasło „prawie robi różnicę” stało się równie kultowe co „Chipsy przyszły” i nie ma co się temu przesadnie dziwić. Heh, czuję się prawie zażenowany świadomością tego, że reklama czegoś tak przyziemnego jak zwykłe piwo zrobiła na mnie tak pozytywne wrażenie. Prawie.

Ręce same składają się do oklasków również w przypadku reklam Plusa. Nie wiem, kto wpadł na pomysł zatrudnienia kabaretu Mumio, ale jak się już w końcu dowiem, to nie omieszkam zgłosić go do Pokojowej Nagrody Nobla. Należy mu się ona bez dwóch zdań. Argumenty? Ależ proszę, wystarczy jeden – Kopytko! Jedynym minusem jest to, że Kabaret Mumio nie udziela się aktualnie w różnych programach kabaretowych tak często jak kiedyś… Wielka szkoda, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – dzięki temu Łowcy.b mają teraz więcej czasu antenowego dla siebie.

Drugą siecią, która słynie z doskonałych kampanii reklamowych jest młodziutka Heyah. Luźne gadki, 8 pancernych i 2 psy, nie opowiadamy bajek („Przez łąki poprzez las, do Babci spieszy Kapturek…”) czy też – moja ulubiona – Johnny 11 Palców (wybaczam nawet „Elvis sucks!”). Nie ma co, lista robi wrażenie. Tak trzymać. Na ich następne reklamówki czekam bardziej niż na powołanie do Piłkarskiej Reprezentacji Polski przez boskiego Leo, bo bez Heyah świat reklamy jest jak Flip bez Flapa, Adam Małysz bez wąsika, Samoobrona bez Andrzeja Leppera, etc.

W tyle nie pozostają również znane marki napoi i butów. Każda kolejna reklama Pepsi, Coli czy Adidasa jest wielkim wydarzeniem artystycznym i wszyscy czekają na to bardziej niż na kolejne filmy Almodovara, tyle, że boją się do tego otwarcie przyznać. Ja się nie boję, chociaż wiem, że to wyznanie zakończy moje członkostwo w Klubie Snobów. Trudno… kocham Coca-Colę! Almodovara stanowczo nie.

Zakończę swoim najnowszym odkryciem – reklamą Mountain Dew z udziałem samego Chucka Norrisa. Te szybkie najazdy na twarz, słabiutka muzyczka ze starych filmów akcji, humor oraz gwiazdorska obsada – to wszystko sprawia, że ta reklama jest lepsza niż większość aktualnie robionych w Polsce filmów fabularnych. Szkoda. Amerykanie mają Quentina Tarantino, a my mamy tylko Pasikowskiego… Z drugiej strony, mogło być znacznie gorzej – na nasze szczęście Uwe Boll urodził się w Niemczech.

3 komentarze

%d blogerów lubi to: