Archive for Malkontent eRPeGujący

Deadlands: Ładunek

W tym odcinku w rolach głównych wystąpią:

Przemysław – złowrogi Mistrz Gry – odgrywa role małych dziewczynek, strasznych potworów, zdradzieckich zbójców oraz niecnych profesorów,

Andrzej – kapitan Charles Hoffman – młodziutki DOWÓDCA oddziału, który stopień oficerski zawdzięcza ojcu-generałowi; misja to jego chrzest bojowy, gdyż dotychczas siedział bezpiecznie w sztabie,

Rafał – kapral William Silverstone – były górnik w sile wieku,  drużynowy SAPER oraz pan złota rączka w jednym; do wojska zaciągnął się, żeby odnaleźć swojego młodszego brata, Rogera, który związany był z tajnym wojskowym projektem Superżołnierz,

Adam – kapral Pablo Alvarez – STRZELEC wyborowy, chciwiec, posiadacz gadającej papugi (nauczył ją pięciu zwrotów: tak, nie, mało, dużo, suchar).

***

Oddział dostaje delikatne zadanie – należy poznać losy zaginionego transportu, który przewoził bardzo ważny dla wojska ładunek. Sam ładunek trzeba przejąć lub zniszczyć. Ponadto nasi żołnierze muszą odnaleźć pewnego profesorka oraz pozbyć się wszystkich świadków. Sprawę komplikuje jednak fakt, iż owym ładunkiem jest żądna krwi bestia (o czym gracze póki co nie wiedzą).

Wszystkie dzieci nasze są

Oddział rusza do Sierra Madre. Miasto okazuje się być wyludnione. Na jego ulicach walają się zmasakrowane przez tajemniczą bestię szczątki mieszkańców. Gracze natrafiają jednak na malutką Annabelle, kilkuletnią dziewczynkę. Po burzliwej debacie dowódca postanawia ją przygarnąć.
Saper: Po co nam ona?
Dowódca: To coś jej nie zabiło.
Saper: No i? Chcesz się zasłaniać dzieckiem przed potworem?
Dowódca: Jeśli to będzie skuteczne…

Freudowskie przejęzyczenie

Oddział w końcu dociera do pociągu z ładunkiem. Saper rozwala jeden z wagonów, z którego wychodzi poszukiwany przez nich profesor. Zagaduje go gracz, który niedawno wrócił z pielgrzymki na Jasną Górę i jeszcze tego porządnie nie odespał:
Dowódca: Proszę księdza… znaczy profesora…

No shit, Sherlock!

Akt I: Chwilę przed sesją.

Tworzenie postaci przed sesją zajmuje strasznie dużo czasu, uznaliśmy więc, że tym razem niezastąpiony Mistrz Gry przygotuje je odpowiednio wcześniej pod preferencje graczy. Jak ustalono, tak też zrobiono. Przed rozpoczęciem rozgrywki Rafał pochwalił się jednak, że nie przeczytał historii swojej postaci.
Mistrz Gry:  Zapoznałeś się już z kartą postaci?
Rafał: Yhy.
Mistrz Gry: Nie masz żadnych pytań?
Rafał: Nie.
Mistrzy Gry: Przy losowaniu statystyk miałeś niefart. Andrzej i Adam wylosowali po Jokerze, więc mają pewne bajery, ale za to Ty masz dla równowagi bardzo rozbudowany wątek osobisty w scenariuszu.

Akt II: W trakcie sesji.

Oddział przesłuchuje Profesora na temat potwora.
Profesor: Nie mogę wam za wiele zdradzić… to tajny wojskowy projekt (Mistrz Gry rzuca okiem na Sapera).
Dowódca: Proszę mówić!
Profesor: Cóż, chcieliśmy stworzyć Superżołnierza (kolejny rzut okiem w stronę Sapera). W tym celu badaliśmy właściwości promieniotwórcze Upiorytu… na moim asystencie, Rogerze (i jeszcze jeden rzut – gracz nadal niczego się nie domyśla).
Dowódca: Roger? A jak miał na nazwisko?
Profesor: Silverstone.
Dowódca: (do Sapera) To tak jak ty.
Saper: (zagląda w kartę postaci – następuje chwila nerwowego czytania pięciolinijkowej historii Sapera) TO MÓJ BRAT!

Mol książkowy

Rozkaz dowództwa był jasny: zlikwidować wszystkich, którzy widzieli ładunek. Profesor jest więc wściekły, że gracze nie pozbyli się jeszcze Annabelle.
Profesor: Ona widziała ładunek. Musicie ją zabić.
Saper: Sam ją zabij.
Profesor: Jestem człowiekiem nauki i posługuję się książką. Wy jesteście żołnierzami i waszym narzędziem pracy jest pistolet.
Saper: No to zabij ją książką.

Kluczyki od czołgu

Jakiś czas później. Saper i strzelec zastanawiają się nad tym, jakby tu posunąć akcję do przodu. Ich narada trwa w najlepsze, podczas gdy gracz odgrywający Dowódcę prawie już zasnął. Nagle, leżąc na podłodze, wtrąca się:
Dowódca: Może naprawimy telegraf i wyślemy do dowództwa prośbę o wsparcie?
Saper i strzelec: (szczere uznanie) Wooooow. Genialny pomysł. Sztona mu.
Mistrz Gry: (dając mu czerwonego sztona) Przez sen bełkocze bardziej sensownie niż na jawie.

Dziwny przypadek Benjamina Pótwora

Gracze odkrywają hangar z ornitopterem (takim dwuosobowym samolotem). Profesor chce nim odlecieć i próbuje przekonać do swojego pomysłu kapitana. Po długich negocjacjach Dowódca się na to zgadza, ale pod warunkiem, że poleci z profesorem, a potem wróci do oddziału.  Obaj wsiadają za stery i po chwili wznoszą się w powietrze, gdy nagle zza drzew wyskakuje Potwór i chwyta się kadłuba. Dochodzi do finałowej walki w przestworzach. Potwór pazurami prawie zabija Dowódcę, który wydaje na leczenie większość swoich sztonów. Ogniem z ziemi wspiera go Strzelec. Jako, że ornitopter znajduje się w ruchu, to poziom trudności testu strzelania wynosi 9.  Pierwszy rzut pięcioma kostkami k12 – nic nie wchodzi, drugi – również pudło. Strzelec wydaje 4 białe sztony na kolejne kostki, ale i tym razem nie udaje mu się wyrównać lub pobić poziomu trudności testu.
Mistrz Gry: Rzucić w sumie 14k12 i nie wyturlać ani jednej 9, 10, 11 lub 12 ? To statystycznie niemożliwe!

Dalszy ciąg walki. Strzelec w końcu przełamuje niemoc, Dowódca także dokłada swoje trzy grosze trafiając potwora serią z pokładowego karabinu maszynowego. Bestia musi uznać wyższość przeciwników – podziurawiona ołowiem spada na ziemię.
Mistrz Gry: (zastanawiając się, czemu walka z finałowym bosem zakończyła się bez ofiar śmiertelnych) Niech to! Zapomniałem o tym, że ja też mam sztony!

Reklamy

2 Komentarze

Baron Munchausen RPG

Dobra, ostatnio dużo było tu wierszoklecenia, więc dla odmiany zamieszczę starocia, którego znalazłem ostatnio przy okazji wiosennego porządkowania dysku twardego. Owym starociem jest zapis sesji RPG w Barona, którą odbyłem baaaaaardzo daaaaaawno temu z moją przyjaciółką (pozdrawiam!) poprzez GG. Na czym polegają „Niezwykłe Podróże i Zadziwiające Przygody Barona Munchausena„? Na fantazjowaniu! Gracze wcielają się w role XVIII-wiecznych szlachciców, którzy opowiadają sobie wzajemnie swoje przygody. Każdy gracz stara się zaćmić poprzednika, przedstawiając historię większą, zacniejszą i sprowadzającą nań więcej chwały. W czym tkwi haczyk? Opowiadający musi improwizować, bowiem temat jego opowieści jest mu podawany przez innego gracza, a i potem – podczas jej trwania – słuchający mogą się wtrącać ze swoimi wątpliwościami i zakładami. Brzmi niejasno? Cóż, mam nadzieję, że po lekturze poniższego tekstu wszystko stanie się zrozumiałe. Ostrzegam, że to kupa tekstu – tylko dla wytrwałych :)

***

22:08:45 Ziewnij
W Gospodzie Pod Warunkiem znajdowało się to wszystko, co powinno się znajdować w gospodzie z prawdziwego zdarzenia. Szynk, imponująca bateria butelek zawierających kolorowe alkohole, barman, kelnerki o obfitych kształtach, stoły, pod stołami pijacy, którzy przekroczyli minimalne stężenie krwi w alkoholu, pod pijakami zapluta podłoga, pod podłogą fundament, pod fundamentem klepisko, pod klepiskiem gleba, pod glebą próchnica… i tak dalej, aż do Chin. Z sufitu zwieszały się pęczki ziół, nietoperze i goście, którym zabrakło pieniędzy na uiszczenie należności. Bo na czym jak na czym, ale na cenach gospodarz nie oszczędzał. Oo, nie! Ceny zostały ustalone z epickim wręcz rozmachem, z hojnością, na którą stać tylko ludzi największego ducha. Ceny to była właściwie jedyna rzecz, jaka w tym lokalu była z prawdziwego zdarzenia.
Przy jednym ze stolików, nakrytym dzierganą serwetką, siedziała średniego wzrostu kobieta w śliwkowej sukni i filuternym kapelusiku z piórkiem. Na oparciu jej krzesła wisiała zielona peleryna. Dama owa sączyła drinka z palemką, który kosztował w przybliżeniu tyle, co niezła krowa. Albo słaby koń. Albo dwa tuziny kur. Albo… No, w każdym razie nie należał do tanich. Na twarzy kobiety widać bezbrzeżne znużenie. Stukała palcami po blacie w rytm padającego na dworze deszczu i mruczała coś cicho pod nosem.

22:17:53 k_munchhausen
Nagle drzwi lokalu otworzyły się z hukiem, powodując nielada hałas i zamieszanie. Oczy zakłopotanych bywalców zwróciły się w kierunku posępnej sylwetki, która powoli wkraczała do „Gospody pod Warunkiem”. Tajemniczy przybysz rzucił gościom lokalu kilka spojrzeń, a Ci widząc w jego ręku broń zaczęli nerwowo regulować z kelnerkami wszelkie zaległe płatności, szykując się do opuszczenia gospody. Jedynie dama sącząca drinka nie zareagowała. Rozpoznała  bowiem w niespodziewanym gościu swojego dobrego znajomego, Hrabiego de la Gargol…
– Uff – odetchnął zziajany Vincento chowając pistolet za pasek swoich spodni – Chyba udało mi się zgubić ten pościg… – powiedział, po czym zdjął przemoczony płaszcz oraz kapelusz z figlarnym piórkiem i powiesił je przy drzwiach. Po chwili siedział już przy stoliku Markizy.
– Kto by pomyślał, że jeden figiel wywoła takie zamieszanie – tu Hrabia pokręcił głową z niedowierzaniem i zamówił butelkę najlepszego szampana wraz z dwoma kieliszkami. – Ale dość o mnie, co u Markizy?

22:27:48 Ziewnij
– Och, co ma być, mości Hrabio? Nuda. Włóczę się to tu, to tam, szukając rozrywki… Polowanie na Żmirłacza tu, jakieś zamieszki tam… Parę nowych wysp do odkrycia, kilka intryg do ukrycia, paru mężczyzn do zbałamucenia… Na niemoc twórczą cierpię. Wszystko już robiłam, wszędzie byłam, znam każdego, kogo warto znać. Dlatego zawsze czuję delikatne ukłucie zazdrości, gdy dochodzą mnie słuchy o Hrabiego niesamowitych wyczynach. „Jak to – mówię sobie – to ja tkwię w marazmie życia spełnionego, a Hrabia wciąż potrafi zrobić coś, czego ja nawet bym nie wymyśliła? Jakże to?”. Dlatego właśnie poprosiłam o to spotkanie. Liczę na to, iż odrobina niewyczerpanej inwencji Hrabiego spłynie i na mnie.

22:48:26 k_munchhausen
– Rozumiem Markizę, nie pani pierwsza słysząc o moich zapierających dech w piersiach przygodach, czuje monotonię życia… nudę… – Hrabia zrobił przerwę na wychylenie kieliszka szampana. – Dostaję tysiące listów z najdalszych zakątków świata, wszystkie od moich wielbicielek i wielbicieli, którzy pytają mnie o dwie rzeczy: a) jak to jest być symbolem seksu na przełomie wieków (im nigdy nie będzie tego dane poczuć) oraz b) jak grać na kobzie bez użycia ust (ja bowiem poznałem ten sekret i, szczerze mówiąc, jestem po dziś dzień zniesmaczony). O ile na drugie pytanie nigdy nie odpowiadam, tak na pierwsze udzielam zawsze długiej i wyczerpującej odpowiedzi, czasem podpierając się własnoręcznie wykonanymi ilustracjami. Biedacy! Chcąc, by „odrobina niewyczerpanej inwencji” spłynęła nie tylko na tych, którzy mają szczęście obcować ze mną na co dzień, ale na jak największe grono moich wielbicieli, postanowiłem wydać swoją biografię. Niestety, sam talentu pisarskiego nie posiadam, dlatego też moje przygody opowiedziałem swojemu przyjacielowi, pisarzowi. Jak mnie uroczyście zapewnił, wszystko co ode mnie usłyszał spisze wiernie, a książka niedługo pojawi się w księgarniach. Ufam mu, jest przecież arystokratą i dał mi swoje słowo, a słowo Markiza de Sade znaczy prawie tyle samo co moje własne.

23:04:51 Ziewnij
– Niezwykle interesujące! Znając talent pana de Sade, niezwykle czarującego człowieka mojego stanu, opis jego w niczym nie ujmie Hrabiego przygodom – a znając zamiłowanie Markiza do detali, śmiem tuszyć, iż będzie to godną kroniką wyczynów Pana. Nie chwaląc się, ja też już trafiłam między wiersze, choć wiersze w znaczeniu dosłownym. Ale! historia mojego związku z Dantem to temat na osobną opowieść. Tymczasem chciałabym Hrabiego wysłuchać… Zaprawdę, sama nie wiem, szczegóły której z przygód Hrabiego najchętniej bym poznała…Tyle tego było… Może na początek coś lekkiego? Pogoda taka paskudna, przyda się coś na rozgrzanie zmysłów i wyobraźni! Opowiedz mi, Hrabio kochany, jak się Waszmościowi udało na jednym z balów maskowych u hrabiego Touluse, zostać jednocześnie królem i królową balu? Mimo złamanej kości udowej i – o, zgrozo! – śrubki w lewym bucie? No i skąd u Hrabiego się ta śrubka w bucie wzięła? Doprawdy, nie mieści mi się to w głowie!

23:16:31 k_munchhausen
Hrabia wychylił kolejny kieliszek, kaszlnął i uśmiechnął się czarująco.
– Och, skoro tak to Markizę interesuje, każę mojemu biografowi poświęcić tej przygodzie aż dwa rozdziały i oba zadedykować właśnie pani. Jednak teraz oczywiście zaspokoję ciekawość Markizy, inaczej nie będzie mogła pani spać, a przez to zrobią się Markizie paskudne worki pod oczami, a tego przecież ani Ja, ani setki kawalerów mieszkających w Paryżu, nie chcemy… Muszę przyznać, że złamania kości nabawiłem się przed balem, jednak przyrzekłem gospodarzowi swoją obecność, tak więc ta lekka dolegliwość nie mogła mnie zatrzymać…

23:24:32 k_munchhausen
W dzień balu kazałem swojej służce przygotować moje najlepsze ubranie. Pech chciał, że moje stare buty nie nadały się już do niczego, a nowe, dopiero co zakupione, nie chciały mi wejść na nogi. Właściwie prawy wszedł bez problemu, jednak lewy… Próbowałem na wszelkie sposoby: siłowo przez wciskanie oraz sposobem, na masło… Nic nie pomagało! Wtem! Eureka! Jak mogłem zapomnieć! Przecież u lewej nogi mam… sześć palców! Stanąłem przed dramatycznym wyborem…

23:32:32 k_munchhausen
Sklepy były już dawno zamknięte, więc natychmiast kazałem służce przynieść najostrzejszy z noży. Ta wróciła z tasakiem oraz przerażeniem malującym się w jej oczach, gdy podawała mi go do rąk. „Pierwsza świnka – zacząłem, a po chwili byłem już przy szóstej. – Szósta świnka… A szósta świnka była nadliczbowa i nikt jej nie kochał!” Trach! Krew bryznęła na mnie i moją służkę, która oczywiście zemdlała, jak to mają damy w zwyczaju. I całe szczęście, bo odrąbany palec zaczął turlać się w jej kierunku.

23:39:27 k_munchhausen
Natychmiast po mojej amatorskiej operacji opatrzyłem sobie nogę i wcisnąłem buta. Pasował jak ulał! Moje szczęście nie znało granic! Chciałem się nawet nim podzielić ze służką, ale ta leżała jak długa. A obok niej mój palec… który zaczął się poruszać!

23:50:34 k_munchhausen
Obserwowałem to zjawisko z nieukrywaną ciekawością. Palec miotał się po całym pokoju, skakał jak opętany, tak, że musiałem zamknąć drzwi z obawy by nie uciekł… Ale to nie było najgorsze! Palec nie tylko żył, ale się … rozrastał! W ciągu kolejnych pięciu minut miałem przed sobą pełzającą we wszystkie strony stopę, a po kolejnych dziesięciu po podłodze wiła się cała noga! Zachowałem jednak zimną krew i usiadłem na łóżku, obserwując dalszy rozwój sytuacji. Po godzinie stał przede mną tułów, a po drugiej człowiek! I nie to byle kto, tylko zupełnie nagi Vincento de la Gargol! Drugi Ja, podobieństwo zachowane co do milimetra!

23:59:32 k_munchhausen
Stałem w milczeniu wpatrując się w swojego sobowtóra, gdy nagle zabił zegar. Niech to, bal zaraz się zacznie! Natychmiast podbiegłem do szafy i wyciągnąłem z niej pierwsze lepsze rzeczy. „Idziesz ze mną! – krzyknąłem. – Z chęcią – odpowiedział” Gdy zaczął się ubierać, do głowy zawitało mi pytanie: „a jeśli pomylą go ze mną? Jak ja temu zaradzę?!” Odpowiedź przyszła sama w chwili, gdy moja służka się przebudziła i widząc dwóch Hrabiów ponownie zemdlała…

00:07:42 k_munchhausen
„Gdzieś to musi być”- mamrotałem przeszukując szafę i w końcu znalazłem. Stara suknia mojej siostry! „Zakładaj” powiedziałem w kierunku swojego sobowtóra, który przeklął, jednak dostosował się do mojego polecenia. W czasie, gdy on zakładał na siebie atłasy, Ja pobiegłem do kuchni i wróciłem z dwoma arbuzami w ręce. Mój sobowtór znowu zaklął…

00:10:15 k_munchhausen
Gdy już uporaliśmy się z przebierankami (perukę dla mojego sobowtóra znalazłem w jednym ze swoich kufrów, a o maski nie było trudno), wyszliśmy przed dom (ja cały czas pojękiwałem z bólu), a tam dorożki, która miała na mnie czekać nie ma! Przekląłem i spojrzałem na swojego sobowtóra. „Pani pozwoli” – powiedziałem i wsiadłem na jego plecy. On zaś doniósł mnie tak aż do rezydencji hrabiego Touluse’a. Któż by pomyślał, że podróżowanie na barana jest tak przyjemnym środkiem lokomocji!

00:22:23 k_munchhausen
Nasze przybycie wzbudziło duże zainteresowanie, szczególnie dzielnych kawalerów, którzy podchodzili do mnie później i chwalili za nowe trendy w postępowaniu z kobietami. Dość szybko zmęczony towarzystwem pięknych kobiet, które mam na co dzień, udałem się tam, gdzie nawet nasz wspaniały Ludwik chodzi piechotą. Chciałem umyć ręce, a tam kran nie działa! Natychmiast przystąpiłem do jego naprawiania, przez czynne rozkręcanie… Nagle woda zaczęła się podnosić, a ja nie mogłem tego wszystkiego do kupy złożyć! Jak nakazuje rozsądek, chciałem opuścić tonącą łazienkę, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że w ręce trzymam śrubkę – dowód mojej zbrodni! Natychmiast włożyłem ją do lewego buta i wróciłem na salę, gdzie trwał ostatni przed wyborem królewskiej pary taniec.

00:29:17 k_munchhausen
Pech chciał, że wpadłem na mojego sobowtóra, a otaczający nas tłum zachęcał nas do wspólnego tańca. No więc zatańczyliśmy niechętnie i muszę przyznać, że mój sobowtór odziedziczył po mnie wszelkie talenty w tej materii! Gdy reszta tancerzy zobaczyła nasz mistrzowski taniec,  zrobiła nam pusty parkiet, a na koniec rozległy się oklaski. Nie muszę chyba wspominać, że to właśnie Ja i Ja otrzymaliśmy tytuł króla i królowej balu…

00:42:00 k_munchhausen
Po powrocie do domu uczciliśmy nasz sukces najlepszym szampanem i poszliśmy spać. Gdy się rano obudziłem, nie zastałem już jednak mojego sobowtóra. Myślałem, że wrócił on do swojej pierwotnej postaci, jednak nigdzie nie znalazłem wolno leżącego palca bez swojego właściciela. Jak się później okazało, znikła również moja służka. Jak nie trudno się domyślić, uciekli gdzieś razem, pewnie na wieś, gdzie po kres swych dni pędzić będą pełen wyuzdania grzeszny żywot… Heh, służka jak służka, znajdę nową, ale mój sobowtór… Szkoda, że mnie opuścił… Teraz, gdy znalazłem wreszcie lepszego od Markizy przeciwnika w szachy!

00:54:38 Ziewnij
Markiza zaniosła się perlistym śmiechem i klasnęła w dłonie, zwracając na siebie uwagę tych bywalców lokalu, którzy jeszcze przypadkiem nie przekroczyli tej niewyraźnej granicy między czterema a ośmioma wymiarami. „Wyborne! – zakrzyknęła – Wprost nie do wiary! Muszę przyznać, iż zaintrygował mnie fragment, kiedy Hrabia wspomniał o arbuzach… – Markiza uśmiechnęła się filuternie – Daje to pewne wyobrażenie o… – krótkie chrząknięcie – …gabarytach siostry Waszmościa. Ale opowieść przednia, zaprawdę, przednia! Aż żałuję, że mnie nie było na tym balu… Choć może to i lepiej? Odebrałabym Hrabiemu tytuł Królowej!”. W tym momencie jednak oczy Markizy zwężają się niebezpiecznie i szybkim ale trafnym ruchem miażdży Ci stopę obcasem. Prawie się nie krzywisz, jako osoba prawdziwie wielkiego męstwa, ale na przyszłość zapamiętać, że o pieniądzach, śmierci, chorobie i grze w szachy przy stole się z Markizą nie rozmawia.

01:01:11 k_munchhausen
Hrabia zachował kamienną twarz. W tym, podobnie jak w szachach, był mistrzem.
– Markizo, ależ proszę, nie przesadzajmy! Ciekawsze przygody przeżywam, gdy tylko mój sługa ma wolne i ja sam muszę rano udać się do piekarni po świeże bułki.. Ach, co powie Markiza na zrewanżowanie Mi się? Opowieść za opowieść, oboje przecież przeżywamy niezwykłe przygody (moje są tylko CIUT bardziej niezwykłe od tych Markizy). Jeśli mam prawo wyboru, chętnie wysłucham opowieści o tym, dlaczego w Szwecji nazywana jesteś Szaloną Genowefą, a twój pudelek Rozsądnym Jackiem oraz dlaczego każdy mężczyzna w tym kraju, gdy tylko ukończy stosowny wiek, tatuuje sobie te dwa przezwiska na pośladkach.

01:05:16 Ziewnij
Markiza zarumieniła się lekko, potarła chusteczką usta, poprawiła się na krześle, łyknęła szampana, znowu się zarumieniła i nie zwlekając dłużej, poczęła snucie swojej opowieści:

01:10:55 Ziewnij
„Ależ Hrabio, Hrabio, Hrabio… Ze wszystkich najbarwniejszych historii mojego nie tak znowu długiego żywota Hrabia akurat musiał wybrać tę, na której wspomnienie zarumieniłby się nawet doświadczony marynarz, a cóż dopiero ja, niewiasta obyczajna a stateczna! Cóż jednak począć, młodość ma swoje prawa, a już wczesna młodość ma najwięcej praw ze wszystkich… „

01:15:29 Ziewnij
„Jako podlotek zaledwie wybrałam się kiedyś do Szwecji, by obejrzeć słynne rosnące tam drzewa ziemniaczane. Drzewa te powstały w wyniku długoletnich prób wyhodowania ziemniaka, który jednocześnie wytwarzałby smakowite bulwy i nie miał tych paskudnych, białych kwiatków. Eksperyment udał się w połowie, można by rzec, bo ziemniaki owszem, rosły, ale do wyrwania rośliny, by dobrać się do obfitego w skrobię podziemnego organu, trzeba było używać kilku wołów… Ależ, nie o tym miałam mówić!”

01:22:24 Ziewnij
„Obserwowałam akurat, zaintrygowana, proces wyrywania drzewa, gdy usłyszałam za sobą chrząknięcie. Odwróciłam się gwałtownie, nieomal wypuszczając z rąk Jacka, mojego ukochanego pudelka. Chrząkał jakiś młodzieniec mniej więcej w moim wieku. Urody takiej sobie, właściwie jakby zostawić same oczy, to nie byłoby źle, ale reszta to już tylko na pokarm dla krokodyli. Doprawdy, Szwedzi z ich blond włosami i błękitnymi oczyma cherubinków..! Gdzież im tam wszystkim oszałamiającej piękności siostry Hrabiego? Ale!”

01:29:24 Ziewnij
„Szwed zaświergotał coś w swoim zabawnym języku. Właściwie nie byłam pewna, o co mu chodzi. Gdy zaczął gestykulować udało mi się wywnioskować coś w rodzaju „Juliusz Cezar, surówka z ziemniaków, miasto nocą,  zielona wstążeczka, oj dana moja dana, u-ha!”. Jestem prawie pewna, że odczytałam jego przekaz prawidłowo, choć właściwie do dziś nie wiem, o co mu chodziło z tym Juliuszem Cezarem.”

01:33:37 Ziewnij
„Pozwoliłam poprowadzić się na wspomniane zwiedzanie, z którego zapamiętałam tyle, że Szwecja jest zimna i nudna. Szwed próbował mnie też nauczyć wymawiania swojego imienia, ale było w nim tyle dźwięków brzmiących jak „arghvark”, że muszę ze wstydem przyznać, iż go totalnie zapomniałam. Sama przedstawiłam się jako Genowefa – po pierwsze po to, by jego barbarzyński język był w stanie je wymówić, a po drugie – by nie spłoszyć miłego chłopaka sławnym nazwiskiem.”

01:41:19 Ziewnij
„Po dwóch godzinach znudziła mi się ta zabita dechami szwedzka prowincja, a Arghvarkghhkhragh (czy coś takiego) patrzył na mnie dziwnie, postanowiłam więc przejść bez dalszej zwłoki do sedna tej nużącej wycieczki, zapytałam więc bez ogródek: „Voulez vous coucher avec moi?”. Chłopię nauczył się francuskiego szybciej, niż ktokolwiek zdołałby sobie wyobrazić, toteż zanim się spostrzegłam, wylądowaliśmy, cóż tu dużo kryć, w, ekhm, że tak powiem, jakby to delikatnie, taak… w sypialni. Co tu mówić… Młodziutka byłam, niewyżyta… Zaledwie więc zamknęły się za nami drzwi buduaru, kochany, znający mnie od dawna Jack miał jeszcze tyle rozumu, by wyskoczyć przez okno… Stąd też się wzięło jego przezwisko – Rozsądny Jack.”

01:48:08 k_munchhausen
Hrabia uśmiechnął się podejrzanie i spojrzał na Markizę jakoś tak dziwnie. Po chwili się opanował i położył monetę na blacie stolika.
– Markizo, jeśli mogę się wtrącić… Wyskakiwanie z okna, nie jest chyba niczym, co zasługuje na określenie tego rozsądnym?

01:49:12 Ziewnij
Markiza ze stoickim spokojem dokłada na stół drugą monetę i oświadcza:
– Oczywiście, że jest, kochany Hrabio – zwłaszcza, że to był parter.

01:53:53 k_munchhausen
Hrabia zniesmaczony zabrał monety ze stołu.
– Najwidoczniej nasz Jack rzeczywiście przywykł do akcji podobnego typu… Niech no nasz rozsądny pudelek uważa, kiedyś okno może być zamknięte, a sypialnia może mieścić się baaaardzo wysoko…

01:54:45 Ziewnij
Markiza uśmiechnęła się.
– Przekażę mu to – odpowiedziała krótko.

01:56:44 k_munchhausen
Hrabia zamówił kolejną butelkę szampana.
– Koniecznie, chyba, że Markiza pragnie przekazywać mu kolejne wiadomości za pomocą Medium…

01:58:37 Ziewnij
„Już przekazuję – jego treser sowie się Medine Medium. Wracając jednak do mojej historii… Dokładnie cztery godziny i dwadzieścia pięć minut później Khhgraghgvaldir, skrępowany sznurkiem od firanek, umazany dżemem truskawkowym, w stroju lokaja, ze skórką od banana na ramieniu i przerażeniem w oczach, używając ostatka swoich sił, wyskoczył przez to samo okno co Jack i uciekł, niecnota! Co było robić? Srodze rozczarowana brakiem wytrzymałości u Szwedów postanowiłam wrócić do słodkiej Francji, kraju prawdziwych mężczyzn, takich jak Markiz de Sade czy Hrabia Waszmość. A o tatuażach dowiedziałam się, szczerze mówiąc, dopiero w kraju, i doprawdy nie mam pojęcia – markiza uśmiechnęła się niewinnie i upiła łyczek szampana – skąd ta dziwna moda”

02:06:41 k_munchhausen
– Brawo! – Hrabia klasnął z zachwytu. – Piękna i jakże pouczająca opowieść! Morał płynie z niej taki: niech kuchnia pozostanie kuchnią, a sypialnia sypialnią! Eksperymenty zaś zostawmy prawdziwym Francuzom, którzy są otwarci na różne nowinki – Hrabia mrugnął w stronę Markizy. – Może kiedyś odnajdę swojego sobowtóra i wtedy wrócimy do tego tematu…

02:13:30 Ziewnij
Markiza, nie mówiąc nic, przez chwilę patrzyła znacząco na Hrabiego, zaraz jednak otrząsnęła się i rzekła pospiesznie:
– Och, to taka tylko anegdotka, Hrabio, nic ciekawego, każdemu może się zdarzyć… – machnęła lekceważąco ręką. – Za to rzecz, jaką słyszałam o Hrabim, to dopiero jest nie z tego świata – dosłownie! Drogi Panie, raczyłby mi Waszmość opowiedzieć o tym, jak się Waszmościowi udało zaprosić razu pewnego na herbatkę samego Lucyfera, i dlaczego ów nie chciał jeść cynamonowych ciasteczek?

02:20:16 k_munchhausen
Hrabia uśmiechnął się szatańsko, co jego zdaniem pasowało do sytuacji.
– Och, wszyscy pytają mnie wciąż o to spotkanie. Czy to takie dziwne, że Król Podziemia pragnie utrzymywać kontakty towarzyskie? Że jest bardzo rozmownym i całkiem sympatycznym… demonem? No, ale po kolei…

02:22:46 k_munchhausen
Muszę się przyznać, że to ja wyszedłem z inicjatywą. Pewnego razu, podczas jednego z moich poobiednich spacerów, dotarłem do samych wrót piekieł – w jaki sposób? Sam Bóg raczy wiedzieć…

02:29:49 k_munchhausen
Oczywiście grzecznie zapukałem, jak to każą dobre maniery i jak to od małego uczyła mnie Mama. Otworzył mi jakiś rogaty, włochaty stwór i ze spokojem powiedział pod moim adresem „Pan jest za wcześnie”.  Oczywiście nie dałem za wygraną i stwierdziłem, że chce widzieć się z jego przełożonym. Diabeł oddalił się, ale przez wrota, które zostawił uchylone, słyszałem jak mówił: „Jezu! To sam Hrabia de la Gargol!”

02:33:22 k_munchhausen
Po chwili zostałem zaproszony do środka słowami „Kierownik chce się z panem widzieć”. „Nie od pierwszy, nie on ostatni” – odparłem i podążyłem za diabłem do przestronnego pomieszczenia, które ,jak się później okazało, było gabinetem Lucyfera. Po chwili zjawił się i sam Lucyfer…

02:40:17 k_munchhausen
„Kawa? Herbata? – zapytał. – „Mamy stałe dostawy tej pierwszej, z samej Turcji, dzięki czemu zawsze jest świeża”. Oczywiście wybrałem herbatę, zaskoczony tym, że nie zaproponowano mi nic mocniejszego. Po chwili Lucyfer podał mi zaparzoną herbatę („z samych Indii, również stałe dostawy… Ta wolność wyboru religii to piękna rzecz!”). Muszę przyznać, że nikt tak nie parzy herbaty jak On…

02:46:21 k_munchhausen
„Co tak zaszczytnego gościa sprowadza w nasze progi?” zapytał uprzejmie. Odpowiedziałem, że przysyła mnie zatroskany ksiądz proboszcz, który dawno nie widział go w kościele… Lucyfer zaśmiał się serdecznie, a ja odetchnąłem z ulgą. Nie ma to jak sprawdzony żart na rozluźnienie atmosfery..

02:51:06 k_munchhausen
Pogawędka upłynęła miło. Rozmawialiśmy na wiele interesujących tematów i jednym z nich była nawet Markiza (Diabły po dziś dzień są zgorszone przygodą Markizy w Szwecji). Po wszystkim Lucek, bo oczywiście przeszliśmy ze sobą na ty, postanowił wypuścić mnie do świata żywych, a ja zrewanżowałem się zaproszeniem go do siebie…

02:55:46 k_munchhausen
Nie trzeba było na niego długo czekać. Dzień później z samego rana w moim domu rozległo się pukanie. Niestety, wszelkie próby przekonania Lucka, że nie musi pukać równe sześćset sześćdziesiąt sześć razy spełzły na niczym (zasłaniał się przepisami) i zanim wszedł do środka mieliśmy już późnie popołudnie.

02:59:50 k_munchhausen
Natychmiast kazałem mu się rozgościć, a mojemu służącemu podać do stołu. Ten, nie wiedząc jakie gusta kulinarne ma mój gość, przyniósł cynamonowe ciasteczka, na widok których Diabeł zrobił się cały fioletowy. Widząc reakcję Lucka przeraziłem się i natychmiast zapytałem co go zadowoli. ” Jeszcze bijące ludzkie serca? Dusze grzeszników? Smoła? Może coś z rusztu?” Cały zdenerwowany czekałem na jego odpowiedź.

03:12:28 k_munchhausen
„Masz może krakersy?” zapytał, a ja odetchnąłem z ulgą. Przez trzy dni (zgodził się na małe odstępstwo od pierwotnej liczby jaką zamierzał u mnie gościć…) dyskutowaliśmy na różne tematy teologiczne oraz zajadaliśmy się krakersami. Gdy już skończyły się nam te przysmaki, Lucyfer pożegnał się ze mną. „Mam małą prośbę – powiedział na odchodnym. – Mógłbyś dać mi autograf?”. „Wygląda jak jakaś poważna umowa” – zażartowałem podpisując we wskazanym miejscu. Po chwili Lucek zniknął, a ja wkrótce miałem się dowiedzieć, czemu zanosił się przy tym śmiechem… Ale to już zupełnie inna przygoda…

03:17:54 Ziewnij
Markiza pacnęła się ręką w czoło i zakrzyknęła: „No tak! Wreszcie rozumiem, dlaczego Hrabia się nie odbija w lustrze! Do tej pory myślałam, że lustro jest po prostu oślepione blaskiem bijącym od Waszmości, a tu takie coś… no no! Tylko, Hrabio… Bo w końcu nie wiem… Dlaczego Niosący Światło tak się wzdragał przed przepysznymi ciasteczkami?”

03:27:22 k_munchhausen
Jak mogłem o tym zapomnieć! No cóż, zdarza się nawet najlepszym, a do takich się przecież zaliczam… Otóż też mnie to zaciekawiło, a że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a ja już tam byłem, tak więc nie bałem się zapytać. Diabeł słysząc moje pytanie zasępił się strasznie, ale w końcu odpowiedział:
– „Zgadnij, kto je produkuje…” – i tu wskazał palcem do góry…

03:28:33 Ziewnij
Markiza zdziwiła się niepomiernie:
– Pani Helena spod czwórki?! – spytała.

03:35:07 k_munchhausen
Hrabia idąc za przykładem Markizy pacnął się w czoło.
– Zapomniałem wspomnieć o tym, że znajdowaliśmy się wówczas na świeżym powietrzu (Lucek chciał mi pokazać, które lokale wokół mojego domu niedługo się zwolnią), tak więc pani Helena nie ma nic wspólnego z produkcją ciasteczek… Chyba, że już byle kto może latać tak jak Markiza…

03:43:07 Ziewnij
Markiza stłumiła ziewnięcie i przetarła zamglone oczy. Coś jej mówiło, że o tej porze wszystkie grzeczne Markizy już dawno powinny spać… Pożegnała się dwornie z Hrabią, ustaliła wstępną datę kolejnego spotkania i zaczęła zbierać się do wyjścia. Dokładnie wyliczyła trajektorię, dzięki czemu udało jej się prawie bezkolizyjnie przejść przez drzwi gospody. Odwróciła się jeszcze na chwilę i uniosła do Hrabiego rękę w geście pożegnania, po czym rozpłynęła się w mroku nocy.

Dodaj komentarz

Pewnego razu na Dziwnym Zachodzie

Testosteron buzujący w powietrzu, coca-cola, karty, świeczki (najklimatyczniejsze są czarne, ale tych nie mieliśmy akurat pod ręką. Jest nauczka na przyszłość – przed sesją należy się w takowe zaopatrywać w specjalistycznym sklepie dla satanistów), sztony pokerowe, plastikowe żołnierzyki i kości, które mają więcej/mniej ścianek niż standardowe sześć. Słowem – sesja RPG. Pierwsza profesjonalna (powiedzmy, choć to dosyć szumne słowo) sesja, jaką miałem przyjemność prowadzić na żywo. I to od razu w Deadlands, mój ulubiony system. Cytując pewnego współczesnego myśliciela – „I like. Nice!”

Deadlands, czyli western po przejściach. Gracze – w ilości AŻ dwóch – wcielili się w twardych cowboy’ów, w niczym nie przypominających tych znanych z „Tajemnic Brokeback Mountain”. Obaj trafili do skorumpowanego do granic możliwości miasteczka, które trzymał w garści tajemniczy Masters oraz jego prawa ręka, Kaminsky.

Pierwszy gracz objał funkcję zastępcy szeryfa i natychmiast… dał się skorumpować. Przy układaniu scenariusza założyłem, że – jako ten dobry – zdecydowanie odmówi, a łapówkę, którą próbowano mu wręczyć, każe doręczycielowi głęboko wsadzić, i to bynajmniej nie w kieszeń. Tymczasem wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. I dobrze, było ciekawiej. Drugi gracz wcielił się za to w Łowcę Nagród. Zasadniczo miał łazić po mieście, strzelać do ludzi jak do kaczek, pluć na podłogę, perfidnie omijając przy tym spluwaczkę, dłubać sobie wykałaczką między zębami i robić szeroko rozumiany sztuczny tłok.

Sesja rozpoczęła się o 24.00 i skończyła o 4.00 nad ranem. Gracze szczęśliwie przeżyli, czego nie można powiedzieć o czarnych charakterach naszej przygody. Poniżej zamieszczam kilka tekstów, wszystkie z pamięci, wraz z kontekstem niezbędnym do ich choć częściowego zrozumienia.

Kropla drąży skałę tudzież wyliczanka.
Gracz odgrywający zastępcę  szeryfa postanawia zakwaterować się w hoteliku. Wita go oczywiście upudrowana recepcjonistka z odpowiednio dużym dekoltem. Po części oficjalnej (przekazanie klucza oraz wpis do księgi gości) następuje część nieoficjalna.
Recepcjonistka: (zalotnie) Życzy pan sobie towarzystwa?
Zastępca: Nie.
Recepcjonistka: Mamy czarne…
Zastępca: Nie.
Recepcjonistka: Azjatki…
Zastępca: Nie.
Recepcjonistka: Stare… młode…
Zastępca: Nie.
Recepcjonistka: Po dwie… trzy…
Zastępca: Nie.
Recepcjonistka: (dziwnie) Mamy też chłopców…
Zastępca, jako człowiek z zasadami, noc spędził samotnie.

Ostatni sprawiedliwy
Do naszego ulubionego zastępcy przychodzi roztrzęsiony klecha. Księżulek chce zgłosić, że próbowano go zastraszyć. Konkretnie to próbował go zastraszyć Kaminsky, pomniejszy schwarzcharakter rozgrywanej przygody. Na nieszczęście ojczulka, ten sam Kaminsky próbował wcześniej przekupić naszego zastępcę. Skutecznie.
Zastępca: Dawno ksiądz przyjechał do miasta?
Klecha: Wczorajszym pociągiem…
Zastępca: (przeciągając) A więc tym samym co ja. Tyle, że ja przez ten czas zdążyłem już poznać panujące w mieście zasady…
I pomyśleć, że gracz odgrywający zastępcę jest w normalnym życiu ministrantem :D

Ostatni sprawiedliwy kontratakuje
W saloonie dochodzi do strzelaniny między młodzieńcem, mieszkańcem miasta a jednym z ludzi Mastersa. Kończy się ona śmiercią tego pierwszego, co też – nie dziwota – załamało jego narzeczoną. Do akcji wkracza zastępca. Szybko ustala dwie wersje wydarzeń:
a) Wersja zabójcy – mężczyźni grali w karty, gdy nagle młodzieniec zrobił gwałtowny ruch. Zabójca strzelił, bo myślał, że ten sięga po broń. Ostatecznie okazało się, że nie sięgał, bo gnata nawet nie posiadał, ale zawsze mógł takiego mieć. Jego wina, nie trzeba było robić gwałtownych ruchów. 
b) Wersja dziewczyny – mężczyźni istotnie grali w karty, ale gdy jej narzeczony wygrał znaczną ilość pieniędzy, jego przeciwnik wściekł się i z zimną krwią go zastrzelił (dziewczyna zeznając wciąż histeryzuje, wyrywa się i grozi).
Co więc robi nasz Zastępca? Oczywiście aresztuje kobietę za zakłócanie porządku.

Rozpolitykowany
Kobieta trafia do aresztu, ale nie chce podpisać kłamliwego raportu sporządzonego przez Zastępcę. Szeryf, na pytanie gracza do jakich granic może się posunąć przy „przekonywaniu” jej, odpowiada, że nikt nie będzie za nią tęsknił. Gracz więc natychmiast ją knebluje i zanosi do swojego pokoju hotelowego. W ciągu następnego dnia odbywa jednak rozmowę z Łowcą Nagród, który prostuje – na szczęście! – jego kręgosłup moralny. Skruszony Zastępca wraca do kobiety, odwiązuje ją i wyjaśnia, że zamierza zemścić się na Mastersie i jego ludziach, skończyć z korupcją, przywrócić miastu sprawiedliwość i takie tam bla bla bla. 
Kobieta: Mam Ci uwierzyć? Przecież trzymasz mnie tu związaną bez chleba i wody! Głoduję!
Zastępca: Niezjedzenie kolacji to jeszcze nie głodówka.
No proszę, nawet na Dziwnym Zachodzie cytują naszego Małego Wielkiego Człowieka (że aż pozwolę sobie na użycie indiańskiej terminologii) .

Gadka szmatka
Gracze postanawiają poszukać sprzymierzeńców gotowych wspomóc ich w finałowym starciu z Mastersem (główny badguy opowieści) oraz Kaminskym. Ich zainteresowanie pada na miejscowego barmana. Rozmawia Zastępca, który ma wyższe statystyki.
Barman: Dlaczego miałbym wam pomagać? Powodzi mi się, ludzie Mastersa często i dużo u mnie piją.
Zastępca: (moralizatorsko) Nie chodzi o to, by wszyscy pili.
Barman: Nie, chodzi o to, by wszyscy płacili.
Rzuty na perswazję zakończyły się porażką i gracze musieli ostatecznie radzić sobie sami.

PS Post sponsorowany jest przez literki R, P i G. Jeśli nie wiesz, czym jest gra fabularna, to odsyłam do wikipedii lub wujka google. Względnie możesz poczekać na jakiś mój artykuł z tym związany, ale prędko to on się pewnie tutaj nie pojawi.

2 Komentarze

%d blogerów lubi to: