Archive for Malkontent dissujący

Limeryk dla Doctora Who

W pewnym znanym Doktorze z planety Gallifrey
fanfiki fanek wzbudzały taki szok, że hej!
„Seks?! Z Masterem?! W Tardisie?!
W czoło puknijcie wy się!
A lubię banany to nie eufemizm, okej?!”

Comments (1)

Malkontent – ulubiony blog wszystkich zboczuchów

Uwaga! Lojalnie ostrzegam – nie czytaj tego wpisu, jeśli nie ukończyłeś/aś jeszcze 18 lat! Niedostosowanie się do powyższego zalecenia grozi nieodwracalnym spaczeniem psychiki!

Ciekawa sprawa te blogowe statystyki. Dzięki nim mogę  dowiedzieć się ile osób odwiedza mojego bloga (malutko) oraz – co jest o niebo ciekawsze – kogo z nich przysłał tu mój wujaszek Google. Lista wklepywanych w wyszukiwarkę fraz jest niezmiernie ciekawa i rozległa, toteż pozwoliłem sobie na małą selekcję i z najciekawszych pozycji utworzyłem własne TOP3. Pozostaje mi żywić nadzieję, że ich autorzy znaleźli na moim blogu to, czego szukali.  

(proszę o werble)

Miejsce 3: bajki pornos delma

Święta idą, więc rodzice szukają prezentów dla swoich dzieci, a że te dojrzewają teraz bardzo szybko…

Miejsce 2: filmy porno z karzelkami

Umpa-Lumpy kojarzą się z kinem dla młodszej widowni, ale po godzinach najwidoczniej lubią dorabiać sobie w nieco dojrzalszych produkcjach. 

Miejsce 1: x hamlet porno

Wygląda na to, że przemysł pornograficzny sięgnął wreszcie po twórczość Szekspira. Swoją drogą ciekaw jestem obsady tego „dzieła”: Hamleta odegrał pewnie Rocco Siffredi, w rolę wilgotnej Ofelii wcieliła się Jenna Jameson, a zmarłego króla zagrał duch śp. Johna Holmesa. Reszta obsady? Cóż, reszta jest milczeniem.

2 komentarze

Wróżba XXI wieku

Wróżenie ze zwierzęcych wnętrzności? Zwierzątka trzeba trzymać zawsze na podorędziu w klatce, a to z kolei oznacza niestety systematyczne karmienie i wymienianie ściółki. Poza tym zarzynany futrzak robi straszliwy hałas i może nas pobrudzić krwią, która bardzo ciężko schodzi z ubrań. Karty Tarota? Jak można wierzyć kawałkowi pomalowanej tekturki. Fusy po kawie? Ta metoda wymusza na nas wcześniejsze opróżnienie filiżanki pełnej niezdrowego eliksiru. Wróżenie z dłoni? Obraźliwe dla kalek. Lanie wosku? Można się poparzyć. Przebijanie szpilką papierowych serduszek z wypisanymi na nich imionami? A drzewa w Amazonii giną!

Jak widać powyżej, dawne sposoby wróżenia jawią się dzisiaj jako archaiczne i zupełnie niepraktyczne. Co w takim razie zrobić ma zakochana osoba, która za pomocą wróżb chce sprawdzić, czy obiekt jej westchnień odwzajemnia uczucia? Nic prostszego, odpowiednią metodę zamieszczam poniżej.

Akcesoria: Do wróżby potrzebujemy kilkuset zróżnicowanych piosenek w formacie mp3, programu, który umożliwia puszczanie ich w przypadkowej kolejności oraz komunikatora internetowego.

Jak wróżyć: w programie zarzucasz piosenki oraz opcję ich losowania, a potem odpalasz komunikator, na którym się udostępniasz. Następnie czekasz, aż obiekt twych uczuć do ciebie zagada. Kiedy to zrobi, sprawdzasz, jaka piosenka akurat leciała i używasz jej jako klucza interpretacyjnego. Oto kilka wybranych utworów z objaśnieniami, co mogą one oznaczać:

Na Wojtusia z popielnika” – szybko dorobicie się męskiego potomka. Córeczkę zwiastuje z kolei przebój „Barbie girl„.

Only you” – partner oddany i wierny, analogicznie „Everybody Needs Somebody To Love” oznacza nimfomankę lub kobieciarza.

Little Drop of Poison” – czarna wdowa lub czarny wdów, liczy wyłącznie na przejęcie twojego majątku.

Hurt” – masochista kochający ból. Jeśli lubisz go zadawać, to jesteś dla niego drugą połówką (mechanicznej) pomarańczy.

Mirror Mirror” – osoba zapatrzona w siebie, narcyz, nawet nie zauważa twojego istnienia.

Devil in disguise” – lubi przebieranki w sypialni, odgrywanie ról, np. diabeł-zakonnica, policjantka-więzień.

Speedy Gonzales” – w wypadku mężczyzn oznacza problemy z przedwczesnym wytryskiem. U kobiet interpretować to należy jako słabość do Meksykanów lub bardziej opalonych mężczyzn.

YMCA” – przykro mi, ale jest homo.

All You Need Is Love” – nie licz na jakiekolwiek prezenty z jej/jego strony.

Sen o Warszawie” – ma zainteresowania motoryzacyjne, więcej czasu spędzi w garażu niż na obiadkach u twoich rodziców.

King Bruce Lee Karate Mistrz” – 1) agresja i przemoc w małżeństwie 2) Zdrada z kimś o imieniu Franek.

Biały miś” – uuu, zapachniało zoofilią. Lepiej nie angażuj się w ten związek lub chociaż przed każdą jego/jej wizytą schowaj dobrze swoje zwierzątka domowe. 

„Dammit, Janet”, „Hey Jude”, „Barbara Ann”, inne piosenki z imieniem w tytule – ma już kogoś innego.

Dodaj komentarz

Zaczarowany świat reklamy

Kulminacyjna scena filmu. Pełne wzruszenie. Łza powoli zaczyna się rozgrzewać przed wielkim slalomem po policzku. Gdzieś tam przed nami, na szklanym ekranie rozgrywa się prawdziwy dramat. Na naszych oczach uniesiony w górę kciuk Terminatora znika właśnie w rozgrzanej do granic możliwości stali; oderwane od prymitywnej tratwy zwłoki Jacka Dawsona giną majestatycznie w odmętach nieprzeniknionego oceanu; William Wallace ostatkiem sił wykrzykuje nieśmiertelne „Freeedoooom!”, a półżywy Leon wręcza Stansfieldowi prezent od Matyldy. Magia wielkiego kina znów daje o sobie znać. I znów jest górą, mimo, że raz na pewien czas musi robić sobie przerwę. Przerwę na reklamę.

Niestety, ale kapitalizm to kapitalizm. Telewizja prywatna musi z czegoś żyć, więc bez mrugnięcia okiem skazuje nas na 10-cio minutowe bloki reklamowe, które często zamieniają się w istne maratony. Na szczęście zawodnicy są z najwyższej półki: z tyłu wloką się proszki do prania i soki owocowe, w środku stawki plasują się niezawodne i przystosowane do każdych warunków pogodowych tampony, tuż przed nimi biegną baterie alkaiczne, a całemu zestawieniu od początku biegu przewodzą papiery toaletowe. Słowem – pasjonujący wyścig, relacje z którego możemy podziwiać średnio raz na trzydzieści minut oglądanego właśnie filmu.

Skoro już jesteśmy skazani na te paskudne reklamy telewizyjne to chociaż im się przyjrzyjmy. W końcu nie wszystkie są banalne i kiepskie. Niektóre są nawet znośne, a raz na pewien czas trafi się prawdziwa perełka. Taki diamencik, na który będziemy wręcz czatowali przed ekranem. Ale do rzeczy. Reklamy dzielą się zasadniczo na: wyśmienite, dobre, znośne, słabe i gnioty.

Wszelkie reklamy proszków do prania są klasycznym przykładem koszmarnego gniota. Ich znakami rozpoznawalnymi są fatalne dialogi i zabójczy dubbing, którym nie pomogłoby nawet zatrudnienie samego Bartosza Wierzbięty (tak, to ten koleś odpowiedzialny za sukces polskiej wersji „Shreka”). Aktorstwo? Jakie znowu aktorstwo? Filmy porno odniosły sukces bez tego, więc i reklamówki mogą. Pomysł? Bazujemy na prostym i sprawdzonym schemacie – babie psuje się pralka, więc dzwoni do specjalisty. Ten do niej przychodzi i obwieszcza, że jej ukochana Frania trafiła do pralkowego raju. Pojawia się wobec tego wątek kryminalny – kto zabił? Niestety winny jest zawsze stary proszek, a narzędziem zbrodni ponownie okazuje się kamień osadzający się wewnątrz pralki. Zgroza.

Do gniotów zaliczają się również reklamy: płynów do płukania („Jakie to miękkie i jak ładnie pachnie!”), papierów toaletowych („Sama przyjemność!”), farb do włosów („Czy twoje włosy wyglądają jak ufarbowany hełm?” – po czym modelka ściąga z głowy coś, co nie tylko wygląda, ale i w rzeczywistości jest ufarbowanym hełmem) i odświeżaczy do powietrza (szczególnie ta z małym Azjatą siedzącym na sedesie i zatykającym nos. Chłopie, dziwisz się, że nie pachnie wokół Ciebie fiołkami? Każda akcja rodzi reakcję. Trzeba było się wstrzymać i podzielić los króla Hiszpanii, Ferdynanda VI). Jeśli proszki do prania kwalifikują się pod zgrozę, to tutaj mamy do czynienia z horrorem.

Czas na reklamy słabe. Tutaj królują wszelkiej maści smarowidła, których przywódczynią zdaje się być Delma. Do klasyki przeszła już reklama, w której zwyczajna polska gospodyni domowa ucina sobie sympatyczną pogawędkę z mistyczną Istotą z Masła. Przypominam – nie chodzi tutaj wcale o reklamę zakładu zamkniętego, ale o reklamę najnormalniejszej na świecie margaryny. Smarowanie Delmą chleba – zgoda. Wymienianie się z nią adresami mailowymi – zgłaszam swój stanowczy sprzeciw!

Czołowym przedstawicielem reklam znośnych jest najnowsze dziecko Simplusa, gdzie podczas nudnego koncertu (czyżby chodziło o Pidżamę Porno?) pojawia się dwóch mężczyzn ubranych w czarne garnitury. Plus dla twórców reklamówki za odniesienie się do kultowego Blues Brothers. Panowie oczywiście wzbudzają sensację, a ich pytanie-hasło „Chcecie mieć hit?” spotyka się z pozytywnym odzewem wynudzonego tłumu. I tutaj zamiast muzyki chociażby trochę stylizowanej na dzieła BB leci jakaś kosmiczna szmira. Twórców proszę uprzejmie o zwrócenie mojego plusa. Wiem, wiem – kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Takie wyjście ma jednak swoje – nomen omen – plusy. Tam przynajmniej – jako zagorzały fan braci Blues – nie musiałbym oglądać tej profanacji drugi raz. Nawet diabły nie byłby tak okrutne, żeby mnie nią kolejny raz męczyć.

Reklamy dobre… No cóż, tutaj brylują przeróżne reklamy piwa. Zarówno te tylko dla orłów, jak i te schowane gdzieś w trawie puszczy. Miejsca nie zabrakło również dla komputerowo wygenerowanych Harnasiów o nienagannej muskulaturze czy książąt, którzy się jeszcze ponajeżdzają. Jeśli chodzi o reklamy piw, to tutaj dokonał się ogromny postęp, chociaż wciąż trafiają się od czasu do czasu niewypały ze spoconymi facetami w rolach głównych. Niemniej, jedna marka przebiła się nawet do reklam wyśmienitych. O tym jednak już za chwilę. 

Wielki finał – czas na reklamy wyśmienite, czyli the best of the best of the best! Tych będzie najwięcej, ale to nie jest akurat powód do zmartwień, prawda? Zacznę od obiecanej reklamy piwa – za wyśmienitą uważam kampanię Żywca. Hasło „prawie robi różnicę” stało się równie kultowe co „Chipsy przyszły” i nie ma co się temu przesadnie dziwić. Heh, czuję się prawie zażenowany świadomością tego, że reklama czegoś tak przyziemnego jak zwykłe piwo zrobiła na mnie tak pozytywne wrażenie. Prawie.

Ręce same składają się do oklasków również w przypadku reklam Plusa. Nie wiem, kto wpadł na pomysł zatrudnienia kabaretu Mumio, ale jak się już w końcu dowiem, to nie omieszkam zgłosić go do Pokojowej Nagrody Nobla. Należy mu się ona bez dwóch zdań. Argumenty? Ależ proszę, wystarczy jeden – Kopytko! Jedynym minusem jest to, że Kabaret Mumio nie udziela się aktualnie w różnych programach kabaretowych tak często jak kiedyś… Wielka szkoda, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – dzięki temu Łowcy.b mają teraz więcej czasu antenowego dla siebie.

Drugą siecią, która słynie z doskonałych kampanii reklamowych jest młodziutka Heyah. Luźne gadki, 8 pancernych i 2 psy, nie opowiadamy bajek („Przez łąki poprzez las, do Babci spieszy Kapturek…”) czy też – moja ulubiona – Johnny 11 Palców (wybaczam nawet „Elvis sucks!”). Nie ma co, lista robi wrażenie. Tak trzymać. Na ich następne reklamówki czekam bardziej niż na powołanie do Piłkarskiej Reprezentacji Polski przez boskiego Leo, bo bez Heyah świat reklamy jest jak Flip bez Flapa, Adam Małysz bez wąsika, Samoobrona bez Andrzeja Leppera, etc.

W tyle nie pozostają również znane marki napoi i butów. Każda kolejna reklama Pepsi, Coli czy Adidasa jest wielkim wydarzeniem artystycznym i wszyscy czekają na to bardziej niż na kolejne filmy Almodovara, tyle, że boją się do tego otwarcie przyznać. Ja się nie boję, chociaż wiem, że to wyznanie zakończy moje członkostwo w Klubie Snobów. Trudno… kocham Coca-Colę! Almodovara stanowczo nie.

Zakończę swoim najnowszym odkryciem – reklamą Mountain Dew z udziałem samego Chucka Norrisa. Te szybkie najazdy na twarz, słabiutka muzyczka ze starych filmów akcji, humor oraz gwiazdorska obsada – to wszystko sprawia, że ta reklama jest lepsza niż większość aktualnie robionych w Polsce filmów fabularnych. Szkoda. Amerykanie mają Quentina Tarantino, a my mamy tylko Pasikowskiego… Z drugiej strony, mogło być znacznie gorzej – na nasze szczęście Uwe Boll urodził się w Niemczech.

3 komentarze

Szymon Majewski Dno

Nie wiem jak i dlaczego, ale prawdopodobnie w pewnym momencie po prostu zaczęliśmy promować beztalencia. I tak oto na naszych oczach zawrotne kariery robią piosenkarki bez głosu*, aktorzy tak drewniani, jakby ich sam Gepetto strugał czy też blond kompozytorzy nagrywający w kółko tę samą piosenkę. No i oczywiście kiepscy satyrycy, komedianci od siedmiu boleści, na czele których stoi Szymek Majewski i jego „szoł”.

Zasadniczo mógłbym wytknąć temu panu beznadziejne poczucie humoru, ale nie zrobię tego, bo samo to, że Żałosny Żart Prowadzącego jest śmieszniejszy niż większość jego improwizowanych żartów w ciągu całego programu mówi samo za siebie. Nie będę też krytykował stylu ubierania się Szymona, bo sam nie ubieram się lepiej, a i konwencja programu tego od niego wymaga. Wystarczy udawać, że kicz jest cool, a ludzie to kupią. Zawsze kupowali, prawda panie Warhol? 

Ale jednego Szymkowi wybaczyć nie mogę. Mianowicie chodzi mi tutaj o ten jego paskudny nawyk śmiania się z własnych żartów. Szymuś powie coś śmiesznego i natychmiast zanosi się tym swoim charakterystycznym chichotem, zupełnie jakby chciał zasugerować publiczności, że to jest ta scena, w której widownia wybucha śmiechem. Toż to nie przystoi żadnemu szanującemu się komikowi/satyrykowi. Żałość, żałość i jeszcze raz żałość.

Zachodzę również w głowę, dlaczego ten program nazywa się w ogóle „Szymon Majewski Show”. Rozumiem, Majewski jest jego gospodarzem. OK, ale przyjrzyjmy się strukturze programu troszkę dokładniej. Zasadniczo SMS składa się z trzech faz, a przynajmniej składał się w czasach, gdy go jeszcze oglądałem:
Faza I – Majewski prezentuje różne wcześniej przygotowane przeróbki filmowe.  Sam ich oczywiście nie przygotowywał, w końcu od czego ma cały sztab ludzi.  On jedynie ogranicza się do zapowiada/komentowania filmików. Zapowiada też reklamę. Robi to we własnym mniemaniu wyjątkowo śmiesznie, ale od czasów „Mamy Cię!” niewiele się w tej materii  zmieniło na lepsze. Niestety.
Faza II – Szymek zaprasza gości. O ile wcześniej jego szoł robił bliżej nie znany sztab ludzi, tak teraz rola ta spada na barki zaproszonych gości, którzy opowiadają parę ciekawych anegdot. Potem następuje „Końca nie widać”, teleturniej składający się z pytań dotyczących kilku scenek znalezionych na YouTubie.
Faza III – „Rozmowy w tłoku”**. Tu rola Szymona również jest marginalna i ogranicza się do kilku tekstów, wcześniej oczywiście ułożonych przez autorów całego scenariusza. Pierwsze skrzypce grają w/w autorzy oraz aktorzy.

***

Na koniec pozwolę sobie przytoczyć krótki fragmencik artykułu „Kicz w dobrym stylu„, który ukazał się kiedyś w Gazecie Wyborczej (13 czerwca 2007r.):

„Szymon Majewski Show” był wzorowany na amerykańskich „Saturday Night Live”, „The Tonight Show with Jay Leno” czy „David Letterman Show”.

Czytając to zachodziłem w głowę, jakim cudem mogłem tego wzorowania się wcześniej nie zauważyć. Przecież każdy z w/w programów znam i każdy – no, może z wyjątkiem Lettermana – uważam za wyjątkowo śmieszny. Dlaczego więc nie śmieszny mnie „Szymon Majewski Show”? Moje wątpliwości rozwiało jednak kolejne zdanie, po lekturze którego wszystko stało się jasne jak słoneczko.

Bierzemy z Zachodu format i dopasowujemy pod osobowość polskiego prowadzącego.

* te jednak brak głosu nadrabiają często innymi atrybutami. Dwoma dużymi, silikonowymi atrybutami.
** Czy tylko ja uważam, że tę nazwę wymyślił jakiś wyjątkowo nudzący się przedszkolak?

Dodaj komentarz

%d blogerów lubi to: