Archive for Lipiec, 2009

Ballada trumienna

Ballada trumienna

Edgarowi Allanowi

Na cmentarzu, pod ziemią sześć stóp,
W świeżym grobie dama spoczywa.
Pogrzebana, choć jeszcze nie trup,
Pogrzebana, choć jeszcze żywa.

Wnętrze trumny pazurem drapie,
Daremny trud, dziewka roni łzy;
Raz za razem powietrze łapie,
Z bezsilności calutka aż drży.

Wtem! Słyszy szmer, słyszy go ledwo,
Lecz nadzieja pod jej powieką…
Nagle coś (CO?!) uderza w drewno!
Nagle ktoś (KTO?!) uchyla wieko!

Oto szpadel! Oto mężczyzna!
Wybawienia nadeszła chwila?
Otóż nie, bo gdzie gleba żyzna,
Tam łatwo jest o nekrofila.

– Żyjesz? – pyta, a potem beszta:
– To źle! Nie tak, jak być powinno!
Przecież wiesz, że seks jest jak zemsta:
Najlepiej smakuje na zimno!

Nekrofil ust damy dotyka,
Że wróci do niej obiecuje…
Póki co zaś, trumnę domyka
I piachem jej grób zasypuje.

Na cmentarzu, pod ziemią sześć stóp,
W świeżym grobie dama spoczywa.
Pogrzebana, bo jeszcze nie trup,
Pogrzebana, bo jeszcze żywa.

Reklamy

2 Komentarze

Łonoteka emocjonalna

To było wczoraj, pamiętam, chociaż pamięć krucha
Zadzwonił telefon, odbieram, mówię: Halo, słucham?
I nagle wszystko wybucha i ogniem zieje
To Bóg do mnie dzwoni, mówi: Łona, co tam się dzieje?

Mimo upływu lat wciąż doskonale pamiętam tę chwilę: oto trzymam w swych łapkach płytkę z jakiegoś magazynu o hip-hopie. Po pobieżnym przeanalizowaniu spisu wykonawców wpycham ją bez większych ceregieli do sprzętu grającego, a otaczająca mnie przestrzeń powoli zaczyna wypełniać się rapem. W kolejnych utworach uliczni poeci w banalny sposób nawijają o blokach, braku perspektyw, niuniach, niechęci do policji. Czuję rozczarowanie i zaczynam szczerze żałować wydanych pieniędzy. Nagle odtwarzacz wyświetla utwór numer 7. Jeszcze tego nie wiem, ale to co za chwilę usłyszę na zawsze odciśnie się na moim guście muzycznym.

Zaczyna się całkiem niewinnie. Ot, spokojny, fortepianowy bicik, w tle którego słychać charakterystyczne trzaskanie gramofonowej płyty. Potem jednak dołącza do tego energiczny bas i… i… ON! Jest oryginalny, inteligentny, zabawny. Z niesamowitym polotem rapuje o telefonicznej rozmowie z Panem Bogiem. Utwór kończy się, a ja włączam go ponownie. Jeszcze raz. I znowu. Absolutnie zachwycony lecę puścić go mamie.

A ja wciąż mam nadzieję, że jeszcze kiedyś krzyknę:
Ach! To doprawdy niezwykłe!
I wciąż żyję myślą, że rzec mi będzie dane:
Och! To rzeczywiście niesłychane!

Na kolejny kontakt z twórczością Łony przyszło mi trochę poczekać. Wraz z siostrą lata później wypatrzyliśmy jego drugą płytę – Nic Dziwnego – na półce w Empiku. Decyzja mogła być tylko jedna – bierzemy! Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że w ten oto sposób trafiła do naszych zbiorów jedna z najlepszych płyt w historii polskiego hip-hopu, jeśli  nie w historii całej polskiej sceny muzycznej. Nic Dziwnego to bowiem wydawnictwo kompletne, zawierające 13 genialnych tracków (nie ma słabego kawałka!), w których Łona z przenikliwością godną Olgi Lipińskiej komentuje otaczającą nas rzeczywistość, bezlitośnie obnaża polską mentalność i przywary. Dostaje się monotematycznym raperom (Artysto drogi I), tanim pochlebcom (Nie ufajcie Jarząbkowi – inspirowane kultowym Misiem), eurosceptykom (A dokąd to? – podróż zniszczonym autobusem jako metafora polskiego dążenia do członkostwa w Unii Europejskiej? Na coś takiego mógł wpaść tylko Łona), ludziom kurczowo trzymającym się swoich poglądów (Nieruchomości – zdecydowanie najbardziej pesymistyczny kawałek na płycie) i wielu, wielu innym. Oczywiście Łona posiada również pogodne oblicze, toteż na płycie nie brakuje lżejszych i bardziej rozrywkowych kawałków. Takimi właśnie trackami są Rozmowy z cutem (Łona wraz z towarzyszami zostaje zamknięty w tajemniczym pomieszczeniu. Kto się za tym kryje? Czym się kierował? Jak uciec z tego miejsca? Kawałek daje nam wyobrażenie o tym, jak wyglądałby film Cube, gdyby nakręcił go Łona), Ballada o szlachetnym czorcie i Do Ciebie, Aniu, szłem – chyba tylko Mickiewicz potrafił opowiadać za pomocą rymów równie ciekawe historie co Łona. Nasz wieszcz nie miał jednak wśród swoich ziomków Webbera, a szkoda, bo jego bity wpadają w ucho i są idealnym uzupełnieniem idealnych tekstów na idealnej płycie.

Nie narzekam, chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood
Chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów
Chociaż nie znam setek przysłów , nie narzekam
Bo fruzie wolą optymistów

Dlaczego Nic Dziwnego okazało się takie dobre? Łona po prostu przeskoczył poprzeczkę, którą wcześniej bardzo wysoko sobie ustawił. Jego pierwszy album, a mianowicie Koniec Żartów, jest bowiem również płytą wybitną, ale w moim odczuciu jednak gorszą od swojego następcy. Czemu? Autor za dużo czasu poświęcił na rapowanie o rapie, co jest zresztą dość często spotykaną przypadłością wśród twórców hip-hopu. Łona robi to rzecz jasna w typowy dla siebie sposób, tj. inteligentnie i przewrotnie, ale poświęcenie tej tematyce aż 5 z 16 tracków to zwykła przesada (Jak nagrać 1szą płytę?, Raperzy są niedobrzy, Żadnych gości, Rozterki młodego rapera oraz Hiphop Non Stop). Inne przemyślenia? Koniec żartów to najlżejsza i najbardziej beztroska płyta w dorobku Łony. Optymizm wręcz emanuje z takich kawałków jak: Fruźki wolą optymistów (to zresztą mój ulubiony kawałek na tej płycie) czy Nic z tego. Rzecz jasna nie brakuje mądrego przekazu w atrakcyjnej formie (My się znamy??? – wizyta w sklepie i rozmowa z kasjerką jako bodziec do przemyśleń filozoficznych; wyżej już wspominana Rozmowa zamiejscowa z Bogiem), ale Łonie nie obce są również czysto rozrywkowe kawałki bez intelektualnych aspiracji (Helmut, rura! – sentymentalna oda do trabanta; Emilia chce spać). Za stronę muzyczną odpowiada tradycyjnie Webber, spod ręki którego wyszły naprawdę soczyste bity. Żal można mieć jedynie do gości zaproszonych do kawałka Żadnych gości – wyraźnie odstają poziomem od gospodarza, co szkodzi genialnemu konceptowi utworu.

Kiedy wszyscy oprócz ciebie równiuteńko idą
Przyjacielu, ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość
I kiedy kpisz z prawdy, którą ktoś uważa za jedynie prawdziwą
Ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość

Zacząć od drugiej płyty, a dopiero później zapoznać się z debiutem… Nie ma co, chronologia mojej przygody z Łoną nie była najszczęśliwsza, ale później wszystko odbywało się już po bożemu. O planowanej premierze trzeciego krążka  przeczytałem przypadkiem. Rzecz jasna takiej informacji zignorować nie mogłem – Absurd i nonsens niemal natychmiast został przeze mnie zaklepany w przedsprzedaży. Teraz wystarczyło jedynie spokojnie wyczekiwać kuriera z paczuszką. O jakość materiału ani przez chwilę się nie martwiłem. Łona to przecież mistrz, zresztą to druga, a nie trzecia płyta uważana jest za najtrudniejszą do nagrania. Ujawniona w Internecie i wykonana przez Marka Raczkowskiego okładka również nastrajała do całego projektu optymistycznie. – To będzie majstersztyk! – powtarzałem sobie podekscytowany. I co?

I kicha. No, może jestem za ostry, ale po pierwszym przesłuchaniu byłem wręcz zdruzgotany. Trzy lata czekania na skandalicznie krótkie 38 minut? Zresztą to nie jedyny grzeszek Łony, który zupełnie zapomniał o tym, że Fruźki wolą optymistów. Efektem tej osobliwej amnezji jest to, iż Łona przez większość płyty najzwyczajniej w świecie smęci. I to do potęgi. Brak mu dawnej lekkości i radości, chociaż miewa przebłyski (Ą, Ę – pstryczek w nos wszystkich klawiaturowych leniuchów, Gdańsk-Szczecin – PKP jako muza XXI wieku, Martwisz mnie). Mam wrażenie, że z mądrego przekazu w atrakcyjnej formie pozostał jedynie mądry przekaz. Łona jako artysta spoważniał i stał się mniej beztroski, a szkoda, bo powaga zabija.

Narzekam, co nie zmienia faktu, że jako tekściarz Łona wciąż nie ma sobie równych. Webber za to zawodzi na całej linii. Wyprodukowane przez niego podkłady ciężko nazwać wpadającymi w ucho. Ba! Są one najzwyczajniej w świecie fatalne, monotonne i pozbawione błysku. Te bity męczą słuchacza, a na dodatek niemiłosiernie się dłużą (Hańba, barbarzyńcy – Łona wrzuca puentę i kończy rapować, a bit ciągnie się jeszcze przez 23 sekundy, w Łonsonie i Łebsztyku to już całe 25 sekund. Jeszcze gorzej wypadają pod tym względem Leksykon Brockhausa – 28 sekund, Ą,Ę –  37 sekund, 7/4 – 40 sekund, Czemu kiosk – 42 sekundy, ale prawdziwymi rekordzistami pozostają Martwisz mnie i Panie Mahmudzie – po 48 sekund!). W moim odczuciu dobrze wypadają jedynie podkłady do Miej wątpliwość i Panie Mahmudzie – tu Webber pokazał dawną klasę. Pozostaje żałować, że w pozostałych przypadkach nie udźwignął presji związanej z tym, że płyta sygnowana była po raz pierwszy także i jego nazwiskiem (no dobrze, pseudonimem).

Mijam ich, jestem świadkiem naocznym
Jak nie Hagel w windzie to Platon w nocnym
Kant wiezie mnie taksówką, Nietzsche mieszka w każdym bloku
Świat jest pełen filozofów

Nieco łobuzerskiego Łonę wyparł poważny pan Łonson i po dziś dzień nie wiem, który z nich stoi za szybkim wydaniem minialbumu Insert. Otrzymaliśmy bowiem 6 kawałków, które brzmią odrobinę jak odpady z Absurdu i Nonsensu, ale to głównie przez średnio udane podkłady Webbera. Łona natomiast prezentuje formę zwyżkową, jest mniej smętny, aczkolwiek nadal mu daleko do formy z najlepszych lat. Z utworów najciekawiej prezentują się genialne Świat jest pełen filozofów (z całkiem udanym gościnnym występem Smarkiego Smarka) oraz Bumbox, ale reszta również trzyma poziom. I jeszcze jedno: tytułowy kawałek traci nieco na sensie, jeśli poskąpiło się pieniędzy na limitowaną edycję płyty z kielonkiem.

***

Adam Zieliński rządzi i dzieli na polskiej scenie muzycznej. Nawet smęcący oraz poważny ma więcej polotu i luzu niż przereklamowani  O.S.T.R. czy L.U.C. Pewnie, chciałoby się usłyszeć radosnego Łonę jak za starych, dobrych czasów (Kawa – pochodząca jeszcze z okresu, gdy Łona nagrywał ze składem Wiele C.T. Ich płytę warto przesłuchać właściwie tylko dla jego zwrotek, a na resztę składu najlepiej spuścić kurtynę milczenia; 2050 – najbardziej ponura wizja przyszłości od czasu spisania przez św. Jana Apokalipsy), ale on jest jak winogrono – dobry w każdej postaci. I jako rodzynek, i jako wino sączone z markowego kielonka.

Dodaj komentarz

%d blogerów lubi to: