Archive for Czerwiec, 2009

Wariackie papiery: „Ja chcę miłości!” Klaus Kinski

kinski

Klaus Kinski. Genialny aktor, niepoprawny kobieciarz,  furiat balansujący na krawędzi szaleństwa – tyle mniej więcej wiedziałem o tym panu przed lekturą jego autobiografii. O samej książce również zdążyłem się nasłuchać: że skandalizująca, że autor skupia się na opisywaniu gołych dup, że bezlitośnie beszta wszystko i wszystkich, że – last but not least – jest to lektura absolutnie fascynująca. Zachęcony tymi opiniami, miesiącami poszukiwałem na Allegro wymarzonego egzemplarza „Ja chcę miłości!”. W końcu udało mi się go upolować, drogo, bo drogo, ale wiem jedno – ta książka warta jest każdego wydanego na nią grosza.

Kinski sexmaniak

Nienawiść to historia motocyklisty, którego linczują mieszkańcy małej miejscowości, przywiązując go do transformatora wysokiego napięcia. Reżyser, Dominique Goult, większość czasu spędza w knajpach. Jego żona ma pod obcisłą spódnicą jędrną dupę. A to już dla mnie powód, żeby film kręcić.

Potencjalnych czytelników muszę na wstępie lojalnie ostrzec: książka zdecydowanie ZASŁUŻYŁA sobie na miano skandalizującej. Kinski jest bezkompromisowy, jeśli chodzi o opisywanie licznych aktów miłosnych i to do tego stopnia, że „Pamiętnik Nimfomanki” wygląda przy jego autobiografii na lekturkę z serii „Poczytaj mi mamo”. Jeśli więc należycie do grona osób, które widząc w telepudle obfity dekolt Katarzyny Cichopek, oblewają się rumieńcem, to lepiej odpuście sobie czytanie.

Porno-Klaus szokuje na każdym kroku. Jeśli na drodze Kinskiego pojawia się kobieta, to zaciągnie on ją do łóżka, a przynajmniej spróbuje. Brunetki i blondynki, staruszki i nastolatki, mulatki i skośnookie, babeczki wolne i szczęśliwie zamężne, kobitki i kobietony, piersiaste i drobnocycne – wszystkie one padają ofiarą rozpasanej chuci Kinskiego, który nie odpuszcza nawet własnej siostrze (!). Przy tym uwiedzenie pani doktor, jej siostry i matki wydaje się być czymś w pełni normalnym.

Klaus_klata

Kinski aktor

Chłopiec, który chce zostać aktorem, pyta, co zrobić, żeby stać się takim jak ja. Odpisuję: Proś Boga, żeby cię przed tym uchronił.

Nie przypominam sobie, żeby Kinski o jakimkolwiek z filmów, w których brał udział, wyrażał się w sposób pozytywny. Wręcz przeciwnie – dla niego „gówno” to synonim słowa „film”, a przemysł filmowy to jedno wielkie szambo. Oczywiście Kinski w całym swym geniuszu zna przyczyny takiego stanu rzeczy: bezużyteczni krytycy, nieudolni reżyserzy (słowo to często pisze w cudzysłowie) oraz amerykańskie Actors Studio, które jego zdaniem ogranicza się do uczenia tzw. aktorów noszenia jeansów oraz dłubania w nosie. Czyli winni są wszyscy. Poza Kinskim.

 – Jestem dziwką – stwierdza Klaus i nie zamierza ukrywać, że filmy kręci wyłącznie dla pieniędzy. Jedyne kryterium, jakim kieruje się przy wyborze ról, to wysokość oferowanej mu gaży.  Z powodu niskich zarobków odrzucił role m. in. u Felliniego i Spielberga, tego pierwszego nazywa nawet chciwym. Dostaje się zresztą całej masie celebrytów, zarówno tym sprzed jak i zza kamery. I tak oto: Żuławski to arogancki i samolubny dyletant, Maria Schneider to wstrętna żmija, Kubrick jest impotentem, a taki Polański to kurdupel, który nawet gdyby się wspiął na dwumetrową kochankę Kinskiego, to mógłby ją co najwyżej cmoknąć w pępek.

9729_JesusChrist 

Powyższe przykłady to jednak jedynie rozgrzewka Kinskiego przed seansem nienawiści jaki urządził pod adresem Wernera Herzoga. Nakręcili razem pięć filmów, w tym takie klasyki jak Nosferatu czy Fitzcarraldo, więc filmowy ignorant mógłby pomyśleć, że współpraca przynosiła obu panom samą radość. Nic bardziej mylnego. Kinski traktował każdy z tych planów zdjęciowych jak pole bitwy, a Herzoga uważał za swojego największego wroga. Zresztą co tu dużo będę mówił – niech przemówi sam Kinski.

Herzog jest nędzny, wstrętny, niemiły. To śmierdzący skąpiec i sknera, złośliwiec, sadysta, szantażysta, tchórz i człowiek na wskroś zakłamany. Jego tak zwany talent sprowadza się do umiejętności znęcania się, a jak trzeba zabijania i mordowania bezbronnych istot. Nie interesuje go nikt i nic poza pożałowania godną karierą tak zwanego twórcy filmów. Patologiczna chęć wzbudzenia sensacji  pcha go do stwarzania bezsensownie uciążliwych i niebezpiecznych sytuacji, tylko po to, żeby kiedyś powiedzieć, że to on, Herzog, dokonał rzeczy niemożliwych. Ściąga do swoich filmów dyletantów i półgłówków, którymi może rządzić (ponoć ich hipnotyzuje), płacąc głodowe stawki, a czasem nie płacąc nic. Cała reszta to kaleki i dziwolągi różnego rodzaju, bo przecież Herzog musi być oryginalny. W rzeczywistości nie ma za grosz talentu i bladego pojęcia o robieniu filmów. Mnie nawet nie próbuje udzielać wskazówek. Już dawno przestał pytać, czy zgadzam się na ten czy inny bzdurny pomysł – zabroniłem mu otwierać mordę. (…) Sam decyduję, które sceny czy ujęcia są dobre, i nie zgadzam się na nic, co według mnie nie jest właściwe. W ten sposób mogę uratować przynajmniej część filmu przed partactwem Herzoga.

herzog

Nienawidzę Wernera Herzoga, tego mordercy! Powinien zostać żywcem rzucony na pożarcie krokodylom. Niech połknie go anakonda – byle powoli i boleśnie. Zasłużył, by sparaliżowało go żądło pająka-ludojada. Najbardziej jadowity z węży powinien wypalić mu mózg. Pantery powinny pić z jego rozerwanego gardła – a i tak to byłoby za dobre dla Herzoga. Nie! Raczej niech czerwone mrówki nasikają mu kwasem w oczy, zeżrą mu jaja, spenetrują dupę i wyjedzą flaki! Zasłużył na zarazę! Syfilis! Malarię! Żółtą gorączkę! Trąd! Im okropniejszych życzę mu śmierci i im bardziej traktuję go jak śmiecia, tym trudniej jest mi się od niego opędzić!.

I tak w kółko. Kinski poniewiera Herzogiem przy każdej możliwej okazji, nie mogąc pogodzić się z myślą, że to właśnie jemu zawdzięcza miejsce w annałach kina. Myśl ta irytuje go, bo przecież sukces zawdzięcza tylko jednej osobie – samemu sobie. Egomania Kinskiego w pełnej krasie. Na szczęście Herzog nakręcił My Best Fiend, dokument w którym opisuje swoją współpracę z niepokornym Niemcem. Jest to zdecydowanie bardziej rzetelne źródło wiedzy na temat tego niezwykłego duetu. Polecam, mocna rzecz, szczególnie archiwalny zapis furii Kinskiego na planie Fitzcarraldo.

Kinski rodzic

Bogate w detale opisy kolejnych seksualnych podbojów oraz znęcanie się nad reżyserami i ich filmami – w ten sposób wygląda 3/4 książki. Sytuacja zmienia się, gdy Kinskiemu rodzi się upragniony syn. Oczywiście, seks i krytykanctwo nadal występują, ale już na mniejszą skalę. Teraz najważniejszy jest maluch i jego potrzeby.

kinder

Nagle okazuje się, że Kinski nie tylko chce miłości, ale potrafi także tą miłością bezinteresownie obdarzać. Jego wyznania wobec synka płyną z głębi serca i ujmują czytelnika swoją szczerością. Zachwyca się każdym gestem malucha, którego traktuje niemalże jak bożka w pieluszce. I nie ma w tym porównaniu ani krzty przesady – książka kończy się nawet bezpośrednim zwrotem ojca do malucha, przypominającym modlitwę. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie emocji, które targały synem Kinskiego, gdy ten już jako dorosły człowiek czytał „Ja chcę miłości!’.  

Kinski pisarz

Przyczepić się można jednego (poza porno-językiem). Kinski jest chaotyczny i czasami, opisując film, zapomina wspomnieć o jego tytule. Trzeba się nieźle nagimnastykować umysłowo, żeby przyporządkować szczątki fabuły do konkretnej produkcji, ale jest to możliwe. I tak przykładowo  śnieżny spaghetti western to oczywiście Great Silence, a japoński film, w którym aktorzy uprawiają przed kamerami prawdziwy (!) seks to Fruits of Passion.

klaus_kinski3

Kinski stanowi przeniesienie amerykańskiego snu na niemiecką ziemię – od życia w ubóstwie, poprzez wojenną zawieruchę i pierwsze role w teatrze, aż po status gwiazdy X muzy. Z tak barwnej biografii musiała powstać równie barwna autobiografia. I powstała. Jest dokładnie taka sama, jak jest autor:  pełna sprzeczności. Na przemian szokuje i wzrusza, fascynuje i odpycha, bywa wulgarna jak i niemal poetycka, budzi wstręt, ale również współczucie wobec jej bohatera. Nie pozostawia obojętnym. Słowem: cudo!

Nie czekaj, znajdź „Ja chcę miłości!” i przeczytaj! Poznaj ekscentrycznego Klausa Kinskiego i przekonaj się, że czasami smoking w Cannes uwiera równie mocno co kaftan bezpieczeństwa w domu wariatów.

Dodaj komentarz

%d blogerów lubi to: