Archive for Styczeń, 2009

Rękopis znaleziony w Saragossie

saragossatytul

Na początku była książka. Opasłe, liczące ponad 700 stron tomisko, w którym opisano 66 dni niezwykłej podróży Alfonsa van Wordena, kapitana gwardii walońskiej. Kawaler ów podczas przeprawy przed dolinę Los Hermanos  – rejonu określonego mianem nawiedzonego – gubi swą służbę i zmuszony jest przepędzić noc w opuszczonej gospodzie. Szybko okazuje się jednak, że nie jest tam jedynym gościem – wraz z dwunastym wybiciem dzwonu otrzymuje zaproszenie od dwóch pięknych księżniczek z rodu Gomelezów. W ich też objęciach spędza upojne chwile. Po przebudzeniu ze strachem odkrywa, że zamiast w gospodzie, znajduje się pod szubienicą braci Zoto. Co gorsza, po obu jego stronach spoczywają odwiązane ciała wisielców.

Jest to dopiero początek, a dzielny kapitan napotka na swej drodze jeszcze wiele interesujących osobistości,  m. in. kabalistów, słynną hiszpańską inkwizycję (!), opętańca, cyganów, a nawet legendarnego Żyda Wiecznego Tułacza. Wysłucha także dziesiątek fascynujących historii, budzących u czytelnika zarówno strach, jak i smutek czy niepohamowaną wesołość.  Jan Potocki, autor tego dzieła, idealnie żongluje konwencjami, w czym wybitnie pomaga mu szkatułkowa konstrukcja powieści: o ile początek to typowy horror, tak z czasem ustępuje on miejsca romansowi, komedii, a nawet historii spod znaku płaszcza i szpady.

panie

Pamelę chwalicie, a swego nie znacie…

Muszę przyznać, że lektura „Rękopisu…” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Książka zdecydowanie ma swój specyficzny klimat i nic się nie zestarzała przez te wszystkie lata, jakie upłynęły od jej powstania. Jak przystało na wielbiciela fantastyki z zapartym tchem czytałem o kolejnych zjawach, przeklętych pielgrzymach oraz krwawych głowach, uważnie też śledziłem losy tych, którzy podobnie jak van Worden spędzili noc z gospodzie Venta Quemada, by rano obudzić się w w towarzystwie niemrawych i lekko nieświeżych braci Zoto. 

Z żalem przyjąłem więc do wiadomości fakt, iż aura cudowności coraz częściej ustępuje miejsca chłodnemu racjonalizmowi. Oczywiście czasami było to nawet piekielnie zabawne – jak w przypadku cmentarnego epizodu doktora Sangre Moreno – ale już zakończenie powieści pozostawiło we mnie poczucie lekkiego niedosytu.   

saragossa

– Mówię Ci, gdzieś na tej ilustracji ukrywa się Wally…

Potencjalnych czytelników należy ostrzec, że powieść Potockiego wymaga od czytającego odrobiny skupienia, czego przyczyną jest oczywiście zastosowanie przez autora konstrukcji szkatułkowej. Z jednej historii wykluwa się druga, a z drugiej kolejna – następuje nawarstwianie się i mieszanie wątków, a przecież  każda opowieść zawiera pełen życiorys opowiadającego! Osobiście szykowałem się na totalnie przegrzanie mózgownicy – w czym utwierdzały mnie tylko kolejne opinie znalezione na temat „Rękopisu…” – ale ostatecznie nic takiego się nie wydarzyło, a wszystko było łatwiejsze w odbiorze niżeli to przedstawiali internauci. Niemniej, łatwiejsze nie oznacza totalnie proste.

Książka doczekała się w 1964 roku przeniesienia na duży ekran. Za kamerą stanął Wojciech Has, a scenariuszem zajął się Tadeusz Kwiatkowski. Na planie zgromadzono prawdziwą aktorską elitę, bo któż nie zna tych nazwisk: Cybulski, Holoubek, Niemczyk, Maklakiewicz, Pieczka, Tyszkiewicz, Pyrkosz. Jeśli do tego wszystkiego dodamy Krzysztofa Pendereckiego odpowiedzialnego za oprawę muzyczną, to jasne stanie się, iż z takiego połączenia talentów musiał powstać film wybitny.

rekopis_znaleziony_w_saragossie_016_zm

– Patrz! W Madrycie budują nową Biedronkę!

Materiału było na miniserial, toteż twórcy dokonali ostrej selekcji i wybrali z książki najistotniejsze ich zdaniem wątki, które złożyły się na ten trzygodzinny (!) obraz. Siłą rzeczy z filmu musiało wypaść wiele interesujących postaci i zdarzeń, ale to co pozostało, przedstawione zostało nader wiernie. Jeśli scenarzysta decydował się już na jakieś drobne zmiany, to z korzyścią dla całej historii. Najlepszym tego przykładem jest zakończenie opowieści, ciekawsze od oryginalnego! Film Hasa jest podręcznikowym przykładem tego, w jaki sposób powinno dokonywać się ekranizacji książek.

Aktorstwo stoi tu na najwyższym poziomie. Pieczka jako opętany Paszeko jest bezbłędny (ten jego skowyt!), podobnie jak Kobiela wcielający się w rolę kawalera Toledo, pożeracza damskich serc, ale to Maklakiewicz kradnie całe show – jego don Busqueros to zdecydowanie najlepsza kreacja w całym filmie. Irytujący natręt, szlachcic-naciągacz, a mimo to budzi naszą sympatię. Jeśli mam się już czegoś czepiać, to jedynie roli Cybulskiego – jego postać, podobnie jak książkowy pierwowzór, na tle barwnych towarzyszy wypada najzwyczajniej w świecie blado i nieciekawie.

rekopis_znaleziony_w_saragossie_020_zm

Typowa męska rywalizacja o to, kto ma dłuższy sznur

Film zasłużenie budzi zachwyt krytyków i widzów, bo to Kino przez duże K. Moim osobistym faworytem jest historia Suareza, absolutny majstersztyk i godzina dobrej zabawy. Co ciekawe, „Rękopis…” szanowany jest bardziej za granicą niż w naszym kraju (co stawia go w jednym rzędzie z muzyką Toli) i to do tego stopnia, że jego cyfrową renowację opłacili z własnych kieszeni panowie – być może komuś obiły się o uszy ich nazwiska – Scorsese i Coppola.

Na zakończenie zamieszczam krótką scenę, której bohaterem jest ojciec Alfonsa, człowiek niezwykle honorowy, co – jak się okazuje – bywa czasami bardzo szkodliwe dla zdrowia. Zainteresowanych uspokajam: koniec końców van Worden więcej na tym zyska niż straci, ale po szczegóły odsyłam już wprost do tego niezwykłego filmu.

Reklamy

Dodaj komentarz

%d blogerów lubi to: