Archive for Sierpień, 2007

O filmach inaczej #1

Filmy! Filmy! Filmy!*. Uwielbiam dobre kino, a za niektóre filmy dałbym się wręcz pociąć. Czy jednak słusznie? Oto szczery do bólu przegląd klasyki X muzy.

– „Ojciec chrzestny” – tytuł sugeruje kino familijne i słusznie. Cały film opowiada bowiem o losach pewnej włoskiej rodziny. Popis swoich aktorskich umiejętności daje nam w nim genialny Marlon Brando, obsadzony w roli starszego mężczyzny, któremu spuchły dziąsła. Ot, kameralna, ale ambitna historia o trudach starzenia się. Reżyser niepotrzebnie jednak spłycił wymowę „Ojca chrzestnego” wplatając do filmu wątki mafijne. Mafia wydaje się być w nim upchana na siłę i w połowie filmu mamy jej już serdecznie dosyć. Mafia tu, mafia tam, mafia to, mafia tamto… Ryba zawinięta w gazetę? Mafia. Odcięta głowa konia? Mafia. Nie można już nawet wyjść spokojnie po zakupy. Wiadomo, mafia. Ech, komercja panie Coppola. Wiem, że dużo strzelania przyciąga widzów, ale bez przesady! Jak mógł pan zrobić z „Ojca chrzestnego” kino gangsterskie?!

– „Zielona Mila” – film ten zbierał swojego czasu rewelacyjne recenzje, był głośno reklamowany w mediach, toteż – nie bez powodu – wiele sobie po nim obiecywałem. W końcu się skusiłem i zasiadłem do seansu. Byłem wyjątkowo skoncentrowany, nastawiony na dobre kino… I co? Wieeeelkie rozczarowanie! Co to za film o hip-hopie bez… hip-hopu?! Żadnych modnych klubów – jest tylko więzienie. Roznegliżowane panienki? Nie tym razem. Są strażnicy, ale oni nie wyglądają seksownie w mundurach. Zamiast skreczy mamy buczenie krzesła elektrycznego, a ogromny murzyn to wcale nie Notorious B.I.G.! Dobrze, że jest chociaż Eminem, choć nigdy nie myślałem, że jest on tak strasznie podobny do Toma Hanksa! Pff, nauczka na przyszłość: nie kierować się recenzjami, nawet tymi najlepszymi. Czytasz taką recenzję, a później masz wrażenie, że oglądasz zupełnie inny film niż recenzent.

– „Forrest Gump” – pozycja kultowa, ale przy okazji… całkowity plagiat z Szekspira! To on napisał, że „życie jest opowieścią idioty”. „Forrest Gump” to z kolei opowieść o życiu idioty. Reżyser całymi garściami czerpie z dzieł Williama. Wątek miłosny kończy się tragicznie, co jest oczywistą kalką z „Romeo i Julii„**, męska przyjaźń między Forrestem a Bubbą inspirowana była „Dwoma panami z Werony” (tyle, że rolę Sylwii zajęły… krewetki), a z „Hamleta” Zemeckis kradnie pewien słynny cytat i przerabia go na nieśmiertelne: „Być albo nie być pudełkiem czekoladek? Oto jest pytanie!”. Dziwię się, że przy takiej obfitości dowodów nikt jeszcze nie zgłosił tego jawnego plagiatu do sądu.

– „Pulp Fiction” – oj, Quentin, Quentin… Ja rozumiem, że można być strasznym bałaganiarzem, ale bez przesady. Trzeba było zmontować film tak, żeby kolejne sceny były ułożone w kolejności chronologicznej. Brak tego elementu powoduje straszny zamęt na ekranie, bo Vincent, który ginie gdzieś w połowie filmu, ożywa nagle pod jego koniec. To nielogiczne! Jak można było nie zauważyć tego bubla przed wypuszczeniem filmu do kin!?

*tak, to wyszukana aluzja do „Tora! Tora! Tora!” z 1970 roku.

** Z „Romea i Julii” wzięło się również „Biegnij, Forrest, biegnij!”. Mamy tam bowiem „Biegnij, Bracie Janie” – wystarczy zmienić Brata Jana na Forresta i dodać jeszcze jedno biegnij. Prawda, że teraz to oczywiste?

Dodaj komentarz

Niezbędnik każdego malkontenta

Miewasz dni, podczas których zauważasz nagle, że Słoneczko świeci jaśniej, a niebo jest bardziej błękitne niż zwykle? Dni bezustannego uśmiechania się, sypania na prawo i lewo komplementami oraz dziwnego wrażenia, że calutki świat Cię kocha? Krótkie, aczkolwiek groźne okresy wzmożonej bezinteresowności i wiary w ludzkie dobro? Jeżeli tak, to spokojnie – jesteśmy w końcu ludźmi, a tym od czasu do czasu zdarzają się podobne chwile słabości. Jeżeli jednak chwile te niebezpiecznie się przedłużają, a opisane powyżej dni zamieniają się w miesiące, a miesiące w – nie daj Boże! – lata, to muszę Cię zmartwić: chorujesz, i to poważnie. Diagnoza? Zanik polskości!

Na całe szczęście – wcześnie wykryta – choroba ta jest całkowicie uleczalna, jednakże nie leczona może spowodować trwały zanik genu odpowiedzialnego za polskość, a tym samym utratę zdolności posługiwania się polszczyzną, która jest wszak dla narzekania tym, czym dla opery język włoski (gen powiązany ze zdolnością mowy w języku Masłowskiej* został przewrotnie nazwany genem Jacksona Pollocka). Żeby zapobiec temu przykremu procesowi należy podjąć specjalistyczną terapię, tzw. Terapię Czterech Kroków.

Terapia ta – jak sama nazwa wskazuje – składa się z czterech drastycznych etapów, po przebyciu których nawet największy optymista kompletnie się załamie i straci wiarę w ludzi. Nie, to za mało powiedziane – straci wiarę w CAŁĄ LUDZKOŚĆ. Tak, teraz jest już dobrze i odpowiednio dramatycznie.  Panowie i panie, bez zbędnego przedłużania, mam zaszczyt przedstawić Niezbędnik Każdego Malkontenta! 

Etap I: Czytanie komentarzy użytkowników różnych portali internetowych.
Opinie z Onetu, Wirtualnej Polski czy też Interii łączy jedno: wszystkie są jednakowo przerażające. Tak naprawdę przerażająca jest jednak świadomość tego, że każdą z tych nieczułych, chamskich i wyjątkowo nieortograficznych opinii mógł napisać nasz sąsiad, kolega z klasy czy też nawet najbliższy przyjaciel, któremu do głowy uderzyła anonimowość jaką niesie ze sobą Internet. Nie będę od razu upierał się przy tym, że twój ojciec to tak naprawdę Czuły_Wojtek czy inny tam Jasiu Śmietana, ale ktoś te nonsensy po Internecie musi rozpuszczać… Choć nie! Zawsze możemy się łudzić. Przecież o wiele bardziej prawdopodobna jest wersja z małpą, która to ucieka ze zoo, dobiera się do czyjegoś komputera i chaotycznie tłukąc w klawiaturę wciska przypadkowe litery. Te równie przypadkowo układają się w liczący pięćset słów zjadliwy komentarz o aktualnej sytuacji politycznej Polski.

Etap II: Oglądanie programów z udziałem polskich polityków
Debaty? Dyskusje? Nie rozśmieszajcie mnie. Czy chociaż raz jeden z biorących udział w takich dyskusjach polityków powiedział „przekonał mnie pan”, „ma pan rację” czy też „rzeczywiście, myliłem się”? Nie. Oni przychodzą do studia, rozsiadają się wygodnie w skórzanych fotelach, a zaraz potem ich mózgi robią takie cichutkie PYK! – Słuchanie:OFF, Gadanie:ON. I gadają, każdy odpala swój monolog, nie ważne co tam bełkocze przeciwnik. W międzyczasie jest jeszcze wzajemne przerywanie sobie i obrzucanie się wyzwiskami. Oni mogą tak godzinami. A my? My możemy co najwyżej rzucić kapciem w telewizor. 

Etap III: Czytanie przypadkowych notek z blogów założonych na Mylog.pl
Jeżeli poprzednie dwa etapy jeszcze Cię nie złamały, to przyznaję – jesteś wyjątkowo hardy. Do czasu. Etap trzeci to bowiem blogerowe koszmarki „Made in Mylog”. Wystarczy, że wejdziesz na stronę główną tego portalu młodych, zdolnych ludzi, a potem rzucisz okiem na kolumnę po prawej stronie. „Najnowsze notki” – brzmi niepozornie, ale to spaczy Ci psychikę. Obiecuję. Nie wierzysz? Sam zobacz. Notek jest zawsze dwadzieścia, ale nie dotrwasz nawet do dziesiątej.  Poniżej kilka przykładów. Litościwie bez adresów.

Już pierwsza notka była równie genialna co treściwa. Tytuł: „Aaaa!„. Treść: „Która to już godzina? 4:18 .. rekordzik xD. Dobra, spadam kimać. Dobranoc ((;„. No cóż, nie byłbym sobą, gdybym to zostawił bez komentarza. W końcu jakaś solidarność między twórcami blogów musi być, co nie? „Ty to nazywasz rekordem? Pff, nie rozśmieszaj mnie. Ale trenuj, może kiedyś chociaż trochę zbliżysz się do mojego osiągnięcia, bo o pobiciu go możesz co najwyżej pomarzyć :D” Komentarz zostawiłem o 5:11 rano.

Drugi blog – ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu – okazał się być sprytnie strzeżony hasłem (informacji o haśle towarzyszyło „Oj, nie tak łatwo ;)”, wobec czego jako hasło wpisałem „Oj, a może jednak? ;)”, ale nic z tego nie wyszło; nawet tradycyjne „masło” nie pasowało). Przy trzecim blogu nie miałem już takich problemów. Tytuł notki: „My story…„. Notka była długa, ale zamieszczam fragment do którego odniosłem się później w komentarzach:

Ostatnio miałam fajny sen x)
Jechałam z mamą na beaglówkę (czyt. biglówkę ). Jechałysmy cztery godziny, a znalazłyśmy się miedzy MCdonaldem a Faworem, któr znajdują się osiedle dalej. Nikogo tam nie było wiec moja mama i moj pies się zmyli. Nagle sie znalazłam w takim dosc ciemnym pomieszczeniu, ale wszystko widziałam. Były tam jakies Dody i Mandaryny. Nagle zobaczyłam Shannona Leto. Wygladał jak zawsze x) Ja mu dałam moj aparat i zobaczyłam Jareda! te oczy… no rewelacja. Shann zrobił nam kilka fotek. Nie potrafił na poczadku obsługiwac mojego aparatu wiec tak stałam przytulona do Jareda szykując sie na foto. Potem dostałam buziaka w policzek ;)
Spodkałam mysze i poszłysmy do takiej restauracji ktora nie istnieje. Wchodzimy, patrzymy a tam Jared :D i znowu pare fotek. Poźniej w śnie się obudziłam i chciałam zgrac zdjecia na kompa a ich nie było… Za chwile mama obudziła mnie na serio.
Ale był fajny :D noo… juuu…
„.

I tutaj moja przynależność do mrocznego świata bloggerów dała o sobie znać. Po otrząśnięciu się z chwilowego szoku popełniłem drugi tej nocy komentarz.

„Mi czasami się śni, że jestem szaloną krową (nie dużą, nie przesadnie małą, ale taką średnią), która człapie sobie na dwóch nogach po mieście. Mijający mnie ludzie dziwnie się na mnie patrzą. Jako krowa wyjątkowo słaba psychicznie nie wytrzymuję ich spojrzeń, chwytam za jedno ze swoich wymion i strzelam naokoło mlekiem. Pojawia się wojsko, które bierze mnie za krowę-terrorystkę. Próbuję im wyjaśnić, że nie należę do Al-Kaidy, ale wtedy odkrywam, że… mam długą brodę i turban! Wojsko zaczyna do mnie strzelać, ja zaczynam muczeć i wtedy się budzę.

No cóż, interpretacja mojego snu jest stosunkowo prosta – daje o sobie znać ukryta niepewność seksualna, w końcu powinienem być bykiem, a nie krową. Co do twojego snu, to to ciągłe robienie sobie fotek świadczy o twoim okropnym narcyzmie, a początkowa jazda z matką też nie wróży niczego dobrego. Słowem – chyba oboje musimy się leczyć :D”

Wyczerpany zabrałem się za kolejną, ostatnią już notkę. Tytuł: „Pierwsza Notencja:)„. Treść, podobnie jak w przypadku pierwszej notki, krótka i zwięzła: „Hejka! To jest mój pierwszy blog na mylog! Jeszcze tak dużo nie umiem..ale wstawiłam muzykę,wstawiłam avatara,umiem wstawiać obrazki. i takie tam jeszcze rzeczy…;)Mam nadzieję, że blog wam się spodoba;) Plisska dajcie mi komciaki;)

Całości dopełniał gustowny obrazek z myszą… Nie wiem czemu, ale nie miałem serca dołować dziewczyny już na starcie jakimś złośliwym komentarzem, ale to pewnie przez zmęczenie. Grzecznie i po cichutku opuściłem różowego do granic możliwości bloga. W ogóle, to te blogi z Myloga aż się proszą o oddzielną notkę, ale to może kiedyś.

Etap IV: Obejrzenie tego teledysku  
Co tu dużo mówić – sam Mickiewicz pozazdrościł by pięknych rymów. A i tematyka sercu bliska, bo któż z nas nie próbował kiedyś założyć własnego składu hip-hopowego? Fury, złoto na szyi i półnagie kobiety – to robi wrażenie. Z pewnością zrobiło je na KDK, składzie, który teraz zapoznaje nas ze swoimi początkami (sądząc po uroczych buźkach członków ekipy,  początki te nie zbiegały się raczej w czasie z Wielkim Wybuchem). Historia składu jest jednak tylko tłem. Autorzy bowiem, przy użyciu dosadnego języka ludzi ulicy, tak naprawdę zapoznają swoich słuchaczy z problemami współczesnego blokowiska: „kurwami”, alkoholizmem i narkomanią. Nie popadają jednak przy tym w tanie moralizatorstwo, choć nie boją się pójść pod prąd i odważnie przyznać, że „z nałogami walczę”. Pokazują nawet zdjęcia napojów i używek, których ich fani powinni się wystrzegać. Teledysk kończy czarna plansza z wiadomością od KDK: „Życie jest ciężkie ale razem damy radę JOŁ!”, ale i bez tej puenty najważniejszy przekaz płynący z tego utworu jest dla każdego jasny. Prawdziwa męska przyjaźń zniesie wszystko.

Pod względem technicznym też jest doskonale – część ujęć kręcona „z ręki” (podobny zabieg zastosował Spielberg w swoim „Szeregowcu Ryanie” – teraz już wiemy od kogo się tego wszystkiego nauczył), ale pojawiają się i ujęcia statyczne. Sam pomysł, by całość nakręcić telefonem komórkowym był – nie bójmy się tego powiedzieć – genialny. Dzięki temu celowemu zabiegowi skupiamy się na treści utworu, a nie towarzyszącej mu oprawie… Słowem – KDK, skład, któremu ambitny hip-hop nie jest obcy.

No, to już koniec terapii. I co, złamałem Cię? Głupio pytam – pewnie, że tak! Ta terapia popsuje humor każdemu. I dobrze, teraz nie tylko ja będę malkontencił i narzekał. Śmiało, wypłacz się, od czego są w końcu komentarze. Tylko po wszystkim wydmuchaj nos w chusteczkę. Porządnie.

* Języki narodowe przyjęło się nazywać nazwiskami najwybitniejszych literatów. Język niemiecki to przykładowo język Goethego, językiem Szekspira określamy oczywiście angielski, więc na naszą reprezentantkę w świecie wytypowałem Masłowską.

Dodaj komentarz

Zaczarowany świat reklamy

Kulminacyjna scena filmu. Pełne wzruszenie. Łza powoli zaczyna się rozgrzewać przed wielkim slalomem po policzku. Gdzieś tam przed nami, na szklanym ekranie rozgrywa się prawdziwy dramat. Na naszych oczach uniesiony w górę kciuk Terminatora znika właśnie w rozgrzanej do granic możliwości stali; oderwane od prymitywnej tratwy zwłoki Jacka Dawsona giną majestatycznie w odmętach nieprzeniknionego oceanu; William Wallace ostatkiem sił wykrzykuje nieśmiertelne „Freeedoooom!”, a półżywy Leon wręcza Stansfieldowi prezent od Matyldy. Magia wielkiego kina znów daje o sobie znać. I znów jest górą, mimo, że raz na pewien czas musi robić sobie przerwę. Przerwę na reklamę.

Niestety, ale kapitalizm to kapitalizm. Telewizja prywatna musi z czegoś żyć, więc bez mrugnięcia okiem skazuje nas na 10-cio minutowe bloki reklamowe, które często zamieniają się w istne maratony. Na szczęście zawodnicy są z najwyższej półki: z tyłu wloką się proszki do prania i soki owocowe, w środku stawki plasują się niezawodne i przystosowane do każdych warunków pogodowych tampony, tuż przed nimi biegną baterie alkaiczne, a całemu zestawieniu od początku biegu przewodzą papiery toaletowe. Słowem – pasjonujący wyścig, relacje z którego możemy podziwiać średnio raz na trzydzieści minut oglądanego właśnie filmu.

Skoro już jesteśmy skazani na te paskudne reklamy telewizyjne to chociaż im się przyjrzyjmy. W końcu nie wszystkie są banalne i kiepskie. Niektóre są nawet znośne, a raz na pewien czas trafi się prawdziwa perełka. Taki diamencik, na który będziemy wręcz czatowali przed ekranem. Ale do rzeczy. Reklamy dzielą się zasadniczo na: wyśmienite, dobre, znośne, słabe i gnioty.

Wszelkie reklamy proszków do prania są klasycznym przykładem koszmarnego gniota. Ich znakami rozpoznawalnymi są fatalne dialogi i zabójczy dubbing, którym nie pomogłoby nawet zatrudnienie samego Bartosza Wierzbięty (tak, to ten koleś odpowiedzialny za sukces polskiej wersji „Shreka”). Aktorstwo? Jakie znowu aktorstwo? Filmy porno odniosły sukces bez tego, więc i reklamówki mogą. Pomysł? Bazujemy na prostym i sprawdzonym schemacie – babie psuje się pralka, więc dzwoni do specjalisty. Ten do niej przychodzi i obwieszcza, że jej ukochana Frania trafiła do pralkowego raju. Pojawia się wobec tego wątek kryminalny – kto zabił? Niestety winny jest zawsze stary proszek, a narzędziem zbrodni ponownie okazuje się kamień osadzający się wewnątrz pralki. Zgroza.

Do gniotów zaliczają się również reklamy: płynów do płukania („Jakie to miękkie i jak ładnie pachnie!”), papierów toaletowych („Sama przyjemność!”), farb do włosów („Czy twoje włosy wyglądają jak ufarbowany hełm?” – po czym modelka ściąga z głowy coś, co nie tylko wygląda, ale i w rzeczywistości jest ufarbowanym hełmem) i odświeżaczy do powietrza (szczególnie ta z małym Azjatą siedzącym na sedesie i zatykającym nos. Chłopie, dziwisz się, że nie pachnie wokół Ciebie fiołkami? Każda akcja rodzi reakcję. Trzeba było się wstrzymać i podzielić los króla Hiszpanii, Ferdynanda VI). Jeśli proszki do prania kwalifikują się pod zgrozę, to tutaj mamy do czynienia z horrorem.

Czas na reklamy słabe. Tutaj królują wszelkiej maści smarowidła, których przywódczynią zdaje się być Delma. Do klasyki przeszła już reklama, w której zwyczajna polska gospodyni domowa ucina sobie sympatyczną pogawędkę z mistyczną Istotą z Masła. Przypominam – nie chodzi tutaj wcale o reklamę zakładu zamkniętego, ale o reklamę najnormalniejszej na świecie margaryny. Smarowanie Delmą chleba – zgoda. Wymienianie się z nią adresami mailowymi – zgłaszam swój stanowczy sprzeciw!

Czołowym przedstawicielem reklam znośnych jest najnowsze dziecko Simplusa, gdzie podczas nudnego koncertu (czyżby chodziło o Pidżamę Porno?) pojawia się dwóch mężczyzn ubranych w czarne garnitury. Plus dla twórców reklamówki za odniesienie się do kultowego Blues Brothers. Panowie oczywiście wzbudzają sensację, a ich pytanie-hasło „Chcecie mieć hit?” spotyka się z pozytywnym odzewem wynudzonego tłumu. I tutaj zamiast muzyki chociażby trochę stylizowanej na dzieła BB leci jakaś kosmiczna szmira. Twórców proszę uprzejmie o zwrócenie mojego plusa. Wiem, wiem – kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Takie wyjście ma jednak swoje – nomen omen – plusy. Tam przynajmniej – jako zagorzały fan braci Blues – nie musiałbym oglądać tej profanacji drugi raz. Nawet diabły nie byłby tak okrutne, żeby mnie nią kolejny raz męczyć.

Reklamy dobre… No cóż, tutaj brylują przeróżne reklamy piwa. Zarówno te tylko dla orłów, jak i te schowane gdzieś w trawie puszczy. Miejsca nie zabrakło również dla komputerowo wygenerowanych Harnasiów o nienagannej muskulaturze czy książąt, którzy się jeszcze ponajeżdzają. Jeśli chodzi o reklamy piw, to tutaj dokonał się ogromny postęp, chociaż wciąż trafiają się od czasu do czasu niewypały ze spoconymi facetami w rolach głównych. Niemniej, jedna marka przebiła się nawet do reklam wyśmienitych. O tym jednak już za chwilę. 

Wielki finał – czas na reklamy wyśmienite, czyli the best of the best of the best! Tych będzie najwięcej, ale to nie jest akurat powód do zmartwień, prawda? Zacznę od obiecanej reklamy piwa – za wyśmienitą uważam kampanię Żywca. Hasło „prawie robi różnicę” stało się równie kultowe co „Chipsy przyszły” i nie ma co się temu przesadnie dziwić. Heh, czuję się prawie zażenowany świadomością tego, że reklama czegoś tak przyziemnego jak zwykłe piwo zrobiła na mnie tak pozytywne wrażenie. Prawie.

Ręce same składają się do oklasków również w przypadku reklam Plusa. Nie wiem, kto wpadł na pomysł zatrudnienia kabaretu Mumio, ale jak się już w końcu dowiem, to nie omieszkam zgłosić go do Pokojowej Nagrody Nobla. Należy mu się ona bez dwóch zdań. Argumenty? Ależ proszę, wystarczy jeden – Kopytko! Jedynym minusem jest to, że Kabaret Mumio nie udziela się aktualnie w różnych programach kabaretowych tak często jak kiedyś… Wielka szkoda, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – dzięki temu Łowcy.b mają teraz więcej czasu antenowego dla siebie.

Drugą siecią, która słynie z doskonałych kampanii reklamowych jest młodziutka Heyah. Luźne gadki, 8 pancernych i 2 psy, nie opowiadamy bajek („Przez łąki poprzez las, do Babci spieszy Kapturek…”) czy też – moja ulubiona – Johnny 11 Palców (wybaczam nawet „Elvis sucks!”). Nie ma co, lista robi wrażenie. Tak trzymać. Na ich następne reklamówki czekam bardziej niż na powołanie do Piłkarskiej Reprezentacji Polski przez boskiego Leo, bo bez Heyah świat reklamy jest jak Flip bez Flapa, Adam Małysz bez wąsika, Samoobrona bez Andrzeja Leppera, etc.

W tyle nie pozostają również znane marki napoi i butów. Każda kolejna reklama Pepsi, Coli czy Adidasa jest wielkim wydarzeniem artystycznym i wszyscy czekają na to bardziej niż na kolejne filmy Almodovara, tyle, że boją się do tego otwarcie przyznać. Ja się nie boję, chociaż wiem, że to wyznanie zakończy moje członkostwo w Klubie Snobów. Trudno… kocham Coca-Colę! Almodovara stanowczo nie.

Zakończę swoim najnowszym odkryciem – reklamą Mountain Dew z udziałem samego Chucka Norrisa. Te szybkie najazdy na twarz, słabiutka muzyczka ze starych filmów akcji, humor oraz gwiazdorska obsada – to wszystko sprawia, że ta reklama jest lepsza niż większość aktualnie robionych w Polsce filmów fabularnych. Szkoda. Amerykanie mają Quentina Tarantino, a my mamy tylko Pasikowskiego… Z drugiej strony, mogło być znacznie gorzej – na nasze szczęście Uwe Boll urodził się w Niemczech.

3 komentarze

%d blogerów lubi to: